FANDOM


7011691-space-sparkling-stars

Rano kapitan i Brian starali się zachowywać, jakby tej nocy nic się nie stało. Mężczyzna zajął się robieniem śniadania, a Goldwyn porządkami w broni i narzędziach. Problem polegał na tym, że żadne z nich nigdy dotąd tego nie robiło.

‒ Ja jestem świetnym kucharzem ‒ zapewnił Brian, gdy Kerra spytała go, co go napadło.

Dziewczyna bardzo źle znosiła całą sytuację. Stała się opryskliwa i co jakiś czas znikała w swoim pokoju. Ani Finn, ani Miam nie wiedzieli, jak powinni się w takiej sytuacji zachować wobec niej. Przerzucanie się odpowiedzialnością przynosiło nikły rezultat, ale pomagało zapomnieć o bieżącym problemie. Kilka minut przed końcem śniadania przyszedł do nich Sorley.

‒ Jak idzie? ‒ spytał go Brian, delikatnie jak tylko umiał.

‒ Marnie ‒ przyznał szczupły i wysoki mężczyzna, nakładając sobie resztki jajecznicy na pomidorach i przykrywając ładnie pachnącymi, pieczonymi w jakimś sosie tostami. ‒ Mam ograniczone możliwości. Nie mam jak sprawdzić połowy odczynników krwi. Wiecie, że tylko w tym sektorze jest ponad trzynaście tysięcy chorób, które powodują duszności i skurcze mięśni? Połowa zakaźna, a co trzecia, nieleczona śmiertelna.

‒ Wiemy, że ci się uda ‒ pocieszyła go kapitan, a reszta pokiwała wspierająco głowami.

Mężczyzna uśmiechnął się blado i zabrał się za jedzenie. W pewnym momencie przerwał gwałtownie, uświadamiając sobie jedną rzecz.

‒ Co się dzieje z Haganem? ‒ spytał śmiertelnie poważny.

‒ Nic. Śpi sobie bidaczyna. Rąbnął się wczoraj tak, że mu się nie dziwię ‒ stwierdził Brian.

‒ Zaglądałem do niego przed śniadaniem ‒ zapewnił Finn. ‒ Oddycha normalnie i widocznie potrzebuje snu.

‒ Niech go ktoś obudzi i sprawdzi ruchy gałek ocznych ‒ polecił Sorley, wstając z talerzem od stołu.

Nikomu nie poprawił humoru, ale przynajmniej nikomu też nie zepsuł, jak miał w zwyczaju. Ktoś skomentował, że dobrze, że jest z nimi szczery. „Jeszcze wczoraj skończyłoby się jakimiś żartami na jego temat, a dziś wszyscy są mu niewiarygodnie życzliwi” ‒ zauważyła w myślach kapitan. Gdy tylko skończyli jeść, Miam zebrał talerze. Było to również dziwne, bo do tej pory wzbraniał się przed sprzątaniem, jak tylko było to możliwe. Umieścił je we wnętrzu odpowiedniej maszyny, która przy zapachu parującej wody, umyła je, wytarła i poumieszczała na miejsca w szafkach. Tymczasem Kerra nie wstawała od stołu, podobnie jak kapitan, Finn i Brian. Miam wrócił na miejsce i spojrzał po ponurych twarzach towarzyszy.

‒ Może karty? ‒ zaproponował.

‒ Dobry pomysł ‒ stwierdził Finn.

Usiedli do stołu w salonie. Miam przyniósł swoje karty i rozpakował je ze skromnego pudełka. Cała piątka zaczęła grać w karciane gry, jakie tylko przyszły im do głowy i były na pięć osób. Jakimś sposobem udało im się zapomnieć o złych wieściach Sorleya. Przy drugim rozdaniu pokera po raz pierwszy od poprzedniego dnia zaśmiała się Kerra, a po czwartym wszyscy byli w znacznie lepszych nastrojach. Gdy Finn i Goldwyn zgarnęli już całe piwo reszty, zaczęli grać na widelce, ale pomysł okazał się marny. Żadne z wygranych nie chciało wystawiać butelki choćby i za dwanaście widelców. Gdy zaczęli grać w makao, z którego musiała się wycofać kapitan, okazało się, że przez cały czas grali bez króla karo. Nie znaleźli go pod stołem, ani w pudełku. Bez jednej karty dalsza gra wydawała się nie mieć sensu.

‒ A właściwie, to kto ci je sprzedał? ‒ spytała Miama Kerra.

‒ Powiem ci, jeśli powiesz wreszcie co się z tobą działo przed trafieniem na statek ‒ odparł Miam, a na twarzy dziewczyny pojawiło się oburzenie i niedowierzanie. ‒ Skoro i tak możemy umrzeć.

‒ Jak ty opowiesz o sobie ‒ stwierdziła.

‒ Bardzo proszę ‒ powiedział, prostując się na kanapie.

Był raczej niewysokim mężczyzną. Ciemne włosy i oczy sprawiały wrażenie bardzo zasadniczej osoby, ale prawda była nieco inna. Brian, jak każdy z tu obecnych lubił sobie pożartować, a w relacjach z innymi pozostawał otwarty i serdeczny.

‒ Przez pięć lat pracowałem w sklepie. To jeszcze był taki stary sklep. Pracowali w nim ludzie, układali towary, sprawdzali ceny, czasem pogadali z klientem. Właścicielem był stary pryk... Fortokh, czy jakoś tak mu było. Paskudny gość. Zawsze mu coś nie pasowało. Wszędzie doszukiwał się problemów i podejrzewał wszystkich o kradzież. Raz postanowiłem z niego zażartować. Zwinąłem spore pudełko drogich cygar i wsadziłem mu do torby. Nie wiem jak, ale połapał się co się stało i tego samego dnia wylądowałem na ulicy. Włóczyłem się prawie rok po mieście, raz na jakiś czas znajdując coś do roboty. W końcu trafiłem do portu gwiezdnego i okazało się, że na „Szóstym Promyku” potrzeba osoby do solidnej pracy, znającej się na towarach ze świata. Nawet nie myślałem, że chodzi o przemyt, ale nigdy mi to nie przeszkadzało.

‒ No ‒ zaczęła Kerra. ‒ To ze mną było mniej kolorowo...

‒ Zaraz ‒ przerwał Finn. ‒ Ale jak trafiłeś do tego sklepu? W sensie co było wcześniej?

‒ Wcześniej? Nic. Rodzice oddali mnie do adopcji. Nie byli wstanie utrzymać kolejnego dziecka. A przynajmniej tak mi powiedzieli w ośrodku. Nikt mnie jednak do siebie nie wziął. Gdy podrosłem, znaleźli mi pracę w sklepie i tanie mieszkanie, które musiałem oddać, gdy mnie zwolnili.

‒ W takim razie... ‒ znów zaczęła dziewczyna. ‒ Wiecie, że nie lubię o tym gadać. Nikt w zasadzie.

Miała jasnobrązowe, długie włosy. Raczej duże, lekko podkrążone oczy i bardzo ładny nos i usta. Złożyła ze sobą ręce i splotła drobne palce. Westchnęła jeszcze raz, odgarniając włosy i zaczęła opowiadać.

‒ Ja miałam walniętą matkę i bardzo mizernego ojca. Co mu nawrzucała, to przyjmował i za wszystko przepraszał. Pracował w jakimś zakładzie. Nie wiem, czym zajmował się dokładnie. Matka nie pracowała. Zajmowała się mną i starszą siostrą. Dla nas była znacznie milsza niż dla ojca, ale wcale nas nie oszczędzała. Posyłała do jakiejś budy tańca i muzyki. Miałam na serio dość, ale kiedy jej to powiedziałam, dostałam takie wciry, że do dzisiaj mam ślad ‒ powiedziała, łykając piwo. ‒ Gdy dowiedział się o tym ojciec, powiedział, że sobie na to zasłużyłam. Wtedy oboje z nich znienawidziłam. Kilka razy uciekłam, ale zawsze ktoś mnie sprowadzał do domu. Dwa razy policja, co najmniej raz sąsiadka. Za każdym razem obrywałam od matki tak, że nie mogłam potem wstać. Ostatnim razem dostała prawdziwej furii. Miała tak wielkie oczy, że jeszcze czasem śnią mi się po nocach. Miała mnie walnąć, ale nagle złapała się za cyca i głośno dyszała. Myślałam, że znów udaje, jak to jest jej ciężko, ale padła na podłogę i już nie wstała. Nikt po niej nie płakał. Ojciec zaczął szlajać się po barach, a siostra znalazła jakąś pracę w porcie. To ona znalazła ofertę pani Goldy i mnie tu zaciągnęła.

‒ Wyglądała jak twoja matka ‒ zauważyła kapitan.

‒ Bo była jak moja mama. Tyle, że lepsza. Okazało się, że można kogoś słuchać i nie być bitą.

‒ Przerąbane ‒ stwierdził smutno Finn.

‒ A jak było z tobą? ‒ spytała go Kerra.

‒ O masz. Ze mną? ‒ spytał głupio. ‒ No... Ja to jednak rodzinnie. Ojciec miał własny statek. Ja miałem go po nim dostać, ale coś poszło nie tak...

‒ To znaczy? ‒ zainteresował się Miam.

Spytany mężczyzna był średniego wzrostu. Niskie czoło, kończyło się wysoko postawionymi blond włosami. Miał rdzawe brwi i szarozielone oczy. Nie mówił za wiele, bo od słów wolał czyny. Najlepiej te, które wymagały pięści, lub pistoletu. W dowolnej kombinacji, pod warunkiem, że to on miał pistolet.

‒ Nie wiem. Może chodziło o to, że nie podobała mu się Brenna. Opowiadałem wam kiedyś o Brennie? To dobrze. No więc, albo chodziło o nią, albo o to, że kiedyś pokłóciłem się z jego kumplem. Ćwok oskarżył mnie o kradzież jakiejś skrzynki, której nie dałbym rady wtedy ruszyć. Ale znaleziono ją w moim pokoju, więc sprawa była jasna dla mnie. Dla ojca z resztą też. Tyle, że nie pomyślał, że mogli mi ją podrzucić. Tak czy inaczej po jego śmierci zatrudniałem się na statkach i zobaczyłem kawał świata, ale ciągle pamiętałem, że statek ojca mi się należy. Jak kiedyś spotkacie „Czarną Hydrę” w jakimś porcie, to mi powiedzcie. Będę chciał pogadać z kapitanem lub właścicielem, kimkolwiek będzie.

‒ Brian? ‒ Kerra spojrzała w jego stronę.

‒ A moją historię wszyscy znają ‒ odparł, wysoki mężczyzna o krótkiej czerwonej brodzie. Miał okrągłą twarz i trochę wystający brzuch. Małe oczy śmiały się często, ale czasem widać było w nich jakąś smutną przeszłość.

‒ No to ją nam przypomnij ‒ nalegał Miam.

‒ Ech... Mieszkałem w mieście. Praca przy automatach. Przeglądy, czyszczenia, naprawy. Pełen serwis. Miałem żonę i śliczną córeczkę. Aż pewnego dnia do naszego mieszkania wpadł wariat z plazmowym karabinem...

‒ Masz... jednak mogłeś nie przypominać ‒ zauważył Miam, zasłaniając oczy dłońmi.

Zapadła na chwilę cisza. Jakiś odgłos z pokoju Sorleya gwałtownie ją przerwał, a Finn znalazł w sobie dość odwagi.

‒ A jak było z panią, Goldy?

‒ O rany... ‒ zaczęła, udając zaskoczenie pytaniem. ‒ Ze mną... O. Sorley. Jak idzie? ‒ zwróciła się do nadchodzącego mężczyzny.

‒ Dawaj do nas. Opowiadamy sobie historie naszego życia ‒ powiedział Brian, łykając piwo.

‒ Mam piętnaście minut, aż destylator zrobi swoje i...

‒ To akurat wystarczy ‒ zapewniła Kerra, a Sorley nieśmiało dosiadł się do siedzącego przy stole towarzystwa.

‒ Czyja kolej? ‒ spytał niemrawo, a Finn podał mu nieotwartą butelkę piwa.

‒ Kapitan. Ostatnia? ‒ odpowiedział Brian, pytając wskazał na butelkę.

‒ Nie ‒ zapewniła Goldwyn, wstając z miejsca. Po krótkiej chwili wróciła niosąc w rękach, ciężkie pudło. ‒ To moje skromne zapasy, ale wystarczą z górką na jeden wieczór.

W pudle znajdowały się równo ułożone butelki whiskey. Gdy je ujrzeli, wydał się ciche westchnienie. Nikt nie śmiał sięgnąć do środka, więc kapitan sama wręczyła każdemu po butelce, samej otwierając pierwszą.

‒ Zatem ‒ wznowiła, po zaczerpnięciu łyka. ‒ Sześć lat oficerskiej szkoły...

‒ Jasne, jasne! ‒ podniósł się powszechny raban, a Sorley lekko się uśmiechnął.

‒ No dobra, glizdy. Chcecie znać prawdę? Statek nie jest mój. Nigdy nie był.

Była wysoka, najwyższa z załogi po Sorleyu. Nosiła skórzane spodnie i kurtkę, nieco jaśniejszej barwy od niej. Czarne włosy miała przycięte na wysokości karku i duże oczy. Po mieście poruszała się z pasującym do stroju kapeluszem z szerokim rondem i piórkiem, lekko zadzierając do góry mały nosek.

‒ Zaplątałam się tu jak miałam dziesięć lat, szukając kota, bo rodzice mieszkali w porcie. Do teraz zastanawiam się, czemu ten typ, który był tutaj kapitanem, po prostu mnie nie zgwałcił. Dziesięć, czy dwadzieścia lat, nie miało to dla niego znaczenia, ale mnie potraktował zupełnie inaczej. Nie wiem, co sobie pomyślał, ale dostałam własny pokój, a następnego dnia znalazł jakąś starą szmacianą lalkę. Może wiedział, że miałam rodzinę, a może nie. Długi czas za bardzo się bałam, by uświadomić sobie, że nigdy jej już nie zobaczę. Gdy już to zrobiłam, nie umiałam płakać. Podrosłam w otoczeniu piratów i łotrów, którzy traktowali mnie jak własną córkę. Ochrzcili mnie Goldwyn, a ja mówiąc szczerzę nie pamiętam jak nazywałam się wcześniej.  Fakt faktem, że wiedziałam, że nie należę do ich świata. Gdy było to możliwe, wykradałam się do miast w których się zatrzymywaliśmy. Poznawałam innych ludzi. Większość nie dawała mi wiary w to co mówię. Byli przekonani, że wychowanka piratów powinna być brudna, pluć, przeklinać i kraść. Całe szczęście, że moi opiekunowie nie byli tego zdania, ale tak, czy inaczej nabrałam jakiegoś dystansu do tych ludzi, którzy się mną zajmowali. Szybko stwierdziłam, że to, co na co dzień robią, bardzo różni się od tego, jak mnie traktują. Miałam już wtedy ponad szesnaście lat i postanowiłam pogadać z kapitanem Zheplinskym o jego manierach względem innych ludzi. Wtedy coś się w nim złamało. Może gdybym lepiej poprowadziła tę rozmowę, poszłoby w dobrą stronę, ale zamiast tego wydarł się na mnie, jaka to ja jestem niewdzięczna. Wyrzucił mnie z mojego pokoju i wylądowałam w tym koncie ‒ powiedziała, pokazując na ścianę przy kuchni i pociągnęła solidny łyk z butelki. ‒ Ech... trochę załoga go wsparła, a trochę była przeciwna. Część poodchodziła, część została. Kapitan zaczął pić, a ja uczyć się obsługi statku. I tak znałam go lepiej niż część załogi, a gdy dostałam  nowe obowiązki, okazało się, że umiem ciężko pracować. Pewnego dnia nasz kapitan po prostu nie wrócił z portu. Jeden po drugim z jego kompanów szło go szukać, aż zostałam sama. Czekałam na nich w progu, aż zobaczyłam nadjeżdżające niebiesko czerwone światła. Nie miałam wątpliwości, że przyjechali po mnie i po statek. Zamknęłam właz, odpaliłam silniki. Port był otwarty, nie potrzeba było zezwolenia na odlot. W pierwszym porcie znalazło się dwóch takich, co to chcieli ze mną latać, ale szybko się rozstaliśmy. Jest typ ludzi rozsądnych i tych porywczych. Postanowiłam szukać tych pierwszych, ale trafiliście mi się wy. No. To teraz Sorley. Tylko zwięźle.

‒ A to się chyba wszyscy domyślają ‒ stwierdził smętnie i jak gdyby wbrew własnej woli, upił łyk z trzymanej butelki, którą Finn zdążył już mu otworzyć. Usta wykrzywiły mu się, jak po jakiejś ciężkiej wódce, ale nie odłożył butelki.

‒ Ja tam bym chętnie usłyszał ‒ zapewnił Brian, a Finn kiwnął lekko głową.

‒ Nie ma o czym mówić ‒ przyznał Sorley.

‒ Dawaj, każdy opowiadał ‒ zauważyła Kerra.

‒ Mnie przy tym nie było.

‒ Byłeś. Słyszałeś przez ścianę. Dawaj ‒ powiedziała twardo Glodwyn, siadając wygodnie w swoim fotelu i pociągając z butelki.

‒ Miałem zwykłą rodzinę i raczej przeciętne dzieciństwo. No może nie miałem za wielu znajomych...

‒ To oczywiste ‒ przyznał pod nosem Miam, a Kerra zdzieliła go łokciem pod żebra.

‒ Żadnych przyjaciół. Dobra? Poszedłem do szkoły i każdy każdego znał, ale nie ja. Raz jeden z nich mi powiedział...

‒ Bez długich pobocznych historii, dobra? ‒ upomniała go delikatnie Goldwyn, a mężczyzna pokiwał głową.

Był wysoki i szczupły, ale nie chudy. Czarne oczy trzymały się zwykle jednego punktu, pod ciemnymi brwiami i nieco jaśniejszymi włosami, które przycinał raz w miesiącu, by nie opadały na jego gładkie czoło. Długie, chude palce u rąk rzadko pozostawały bezczynne. Zawsze coś trzymał, przewracał, lub splatał je ze sobą. Płasko przylegające uszy i wąskie usta dopełniały wyglądu człowieka o sztywnych regułach, oddanego jakiejś sprawie.

‒ Miałem starszego brata. Wstąpił do Lądowej Akademii Oficerskiej Federacji Saskiej. Już po roku przysłał swoje zdjęcie i całe pudło orderów. Zawisło w ramce nad kominkiem, a ja miałem być taki jako on, ale nie byłem w stanie. Jowan lepiej dogadywał się z ludźmi, lepiej się odnajdywał. Ja trafiłem na Uniwersytet Nauki Technicznej i Biologicznej. Miałem dobre stopnie i wszyscy wydawali się być względnie usatysfakcjonowani. Ale czułem, że coś jest nie tak. Wszystkim zależało na papierkach, na dobrym wizerunku, a wszystko o czym mówili, o idei postępu i wspólnym dobru. Raz jeden wykładowca, nazwiskiem Bokbon ochrzanił jednego kolegę, że przynosi hańbę uczelni. Chodziło o to, że odmówił podjęcia się projektu udoskonalenia pewnego wirusa. Sąsiedni instytut, ale postanowiłem wesprzeć kolegę. Coś się we mnie obudziło. Straciłem nad sobą panowanie i wypaliłem facetowi, że jest hipokrytą, wykazuje się skrajną indolencją i cynizmem. W skrócie, że jeśli chce zabijać ludzi, to powinien zatrudnić się w policji w dzielnicy biedoty, a nie na uniwersytet.

‒ Ostro ‒ skomentował Finn.

‒ Jeszcze jak ‒ dodał ponuro Sorley, pociągając z butelki solidny łyk piwa. ‒ Okazało się, że to zastępca rektora, więc wyrzucono mnie jeszcze tego samego dnia. Świat mi się zawalił i nie miałem odwagi wrócić do domu. Pomyślałem, że dla rodziny jestem właściwie martwy. Nie myślałem zbyt racjonalnie, ale trochę tak. Zgarnąłem co miałem jeszcze dostępne z laboratorium do torby. W tym swoje projekty i kilka wartościowych maszyn. Nie wiem, czy powinienem tego żałować, czy nie, ale dziś nie żałuję. Mogą nas ocalić, ale wracając do tematu: Najpierw pomyślałem o magnetycznej kolei, żeby zabrała mnie gdzieś daleko, ale gdziekolwiek to by było, wydawało się zbyt blisko domu. Wiecie jak to jest, gdy w każdy zakątek planety można dotrzeć w godzinę. Pojechałem na skuterze do portu. Sprzedałem go pierwszemu lepszemu typowi i nabyłem najpotrzebniejszych rzeczy. Okręt pani kapitan był największy z tych, na które mogłem się zaciągnąć i wyglądał najlepiej. Ponadto nie spotkałem nikogo, kto odradzałby mi zaciągnąć się na jego pokład. Przedstawiłem się i opowiedziałem o swoich umiejętnościach.

‒ To wyglądało jak przegląd ofert jakiejś wielkiej szkoły ‒ zauważyła Goldwyn.

‒ Korzystałem z tego, co było dostępne ‒ przyznał mężczyzna, po czym przeciągnął spojrzeniem po twarzach zebranych, jak gdyby szukając następnej osoby do swojej opowieści. ‒ Był ktoś u Hagana?

Z miejsc natychmiast zerwali się Miam, Brian i Goldwyn. Kerra, Finn i Sorley pobiegli za nimi. Jeden po drugim wpadli do wspólnej kajuty Briana, Finna i Hagana. Ten ostatni leżał na pryczy z szeroko rozwartymi oczami. Łapał rozpaczliwie powietrze, a jego silne, grube palce zaciskały się na fałdzie koca, z mocą, która powodowała trzeszczenie stawów. Mężczyzna drżał niespokojnie, jak gdyby był co jakiś czas rażony prądem. To był cios zobaczyć tego zawsze uśmiechniętego i ciepłego człowieka, sparaliżowanego przez chorobę. Wszyscy stanęli nad nim oniemiali, a Goldwyn nachyliła się nad nieszczęśnikiem, próbując nawiązać z nim kontakt.

‒ Niech ktoś zobaczy co u tej w ładowni ‒ poleciła załodze.

Z pokoju wypadł Miam, ale reszta została.

‒ Co z nim? ‒ spytał Brian.

‒ Nie odpowiada. Jest w jakimś transie. Czoło ma rozpalone, jakby je wyjął z pieca.

‒ Tamta kobieta nie miała gorączki ‒ zauważyła Kerra.

‒ Nie wiemy, kiedy wystąpiły pierwsze objawy. Co gorsza teraz też nie wiemy. Nikt do niego nie zajrzał? ‒ spytał z niedowierzaniem Sorley.

‒ Byliśmy zajęci... ‒ zaczął cicho Finn, ale nie miał ochoty skończyć.

Następna część
Poprzednia część

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki