FANDOM


Następnego poranka obudziłem się przed wszystkimi, nie wiem sam dlaczego. Spaliśmy wszyscy w tym kamiennym budynku, który pozostał. Nie chciałem budzić pozostałych więc cicho przekradłem się w kierunku drzwi pod którymi usiadłem. W pomieszczeniu było ciemno i dodatkowo ciasno z powodu takiego zagęszczenia populacji. Postanowiłem, że dzisiaj przyjrzę się i zapoznam z tymi ludźmi, przynajmniej spróbuje. Tymczasem wyciągnąłem z plecaka trzydniowego zająca, którego począłem konsumować. Jak się okazało nie był najgorszy biorąc pod uwagę jego wiek, pomyślałem, że to może być efektem moich zdolności kucharskich. Jadłem tak to niedoprawione mięso wsłuchując się w chrapanie jakiś mężczyzn, kiedy nagle kobieta leżąca blisko mnie się obudziła…

- Co robisz? – szepnęła zaspanym głosem.

- Jem śniadanie, chcesz trochę? – spytałem nie mając lepszego pomysłu. Kobieta podczołgała się do mnie i usiadła obok mnie.

- Co tam masz? – spytała i chyba się uśmiechnęła, nie byłem pewien z powodu małej widoczności.

- Zająca, trzydniowy, ale da się zjeść – Podałem jej kawałek, który wzięła i zjadła

- Nawet, nawet tylko niedoprawiony. – w ciemnościach błysnęły jej niebieskie oczy i usłyszałem cichy chichot, na który odpowiedziałem tym samym. Wtem ona przysunęła się jeszcze bliżej.

- Co robisz? – spytałem zmieszany

- No wiesz, chłodno tutaj… - powiedziała, a następnie mnie objęła.

Byłem niezwykle zaskoczony całym zajściem, ale nie protestowałem i także ją przytuliłem mocniej opierając się o drzwi… Zaskrzypiały zawiasy, a my przewróciliśmy się wpuszczając do środka poranne słońce oraz robiąc taki hałas, że mógłby on obudzić umarlaka. Wszyscy stanęli na równe nogi nie wiedząc co się właśnie stało i zapanował chaos. Zanim ktokolwiek coś zauważył my też wstaliśmy cały czas się śmiejąc z zaistniałej sytuacji. Teraz mogłem się jej uważniej przyjrzeć, była to niewysoka kobieta o długich rudych włosach, przyjaznej twarzy i pięknych niebieskich oczach oraz było na czym oko zawiesić jeśli mogę tak rzec.

Kiedy wszyscy wyszli z budynku na poranne zebranie podczas którego mieliśmy omówić podział prac pierwszy głos zabrał o. Walerian.

- Tak więc, na wstępie chciałbym podziękować Markowi i Katarzynie za pobudkę – rzekł z przekąsem patrząc na nas, co też uczynili pozostali. – Po drugie tak jak ustaliliśmy wczoraj należy podzielić obowiązki. Hubert, ty zbierz swoich myśliwych i poszukajcie zbiegłych zwierząt…

- Tak jest! – krzyknął z tłumu jakiś głos, spojrzałem w tamtym kierunku i znalazłem jego właściciela. Był to wysoki, szczupły brunet z krótką brudkom o podłużnej twarzy pooranej licznymi bliznami oraz z łukiem na plecach. Ubrany był typowo średniowieczny strój, tak jak pozostali.

- Olaf, ty zbierz kilku silniejszych, zajmiecie się ścinaniem drzew na odbudowę budynków. – ciągnął Walerian.

- Się robi! – krzyknął barczysty płowowłosy mężczyzna z długą brodą o twardych rysach, którego poznałem wczoraj.

- A ty Marek zbierz pozostałych i zajmij się odbudową oraz umocnieniami.

- Rozkaz! – odruchowo stanąłem na baczność.

Zaraz po skończonym przemówieniu wzięliśmy się do roboty, Hubert zebrał swoich i ruszył, Olaf tak samo. Zostałem wraz z Wacławem, dwoma innymi mężczyznami, kilkoma młodzikami mającymi jakieś 16 – 17 lat oraz z pięcioma kobietami i dziećmi. Pierwszą rzeczą o jakiej się zabraliśmy było uprzątnięcie zgliszcz. Nie zajęło nam to zbyt dużo czasu jednak przy przenoszeniu zwęglonych części konstrukcyjnych nieźle się ubrudziliśmy. Potem czekaliśmy chwilę na dostawę drewna od Olafa.

- Trzymaj, pewnie chce ci się pić. – Powiedziała do mnie wysoka niebieskooka blondynka o nordyckich rysach podając dzbanek z wodą.

- Dziękuje, chętnie… - Powiedziałem wstając z ziemi w celu wzięcia naczynia. Kiedy byłem już na nogach okazało się, że kobieta jest wyższa niż mi się wydawało, a moja głowa znajdowała się na wysokości jej klatki piersiowej mimo mojego metra osiemdziesiąt wzrostu.

- No co? Nie widziałeś nigdy silnej niezależnej kobiety?

- Em… No cóż… Nie wiem co powiedzieć – Wypaplałem zmieszany na co odpowiedziom był śmiech.

- Chyba cię polubiłam. – powiedziała po czym pogłaskała mnie po głowie jakbym był dzieckiem – Tak w ogóle mam na imię Astrid i jak coś to możesz na mnie liczyć… Malutki.

Kiedy Astrid zdążyła odejść dostaliśmy materiały i zaczęliśmy odbudowę. Była to monotonna i męcząca praca. Przed wieczorem odbudowaliśmy dopiero dwa budynki w tym kuźnię. Prace trwały jeszcze trzy dni. Drugiego dnia wrócił Hubert ze swoimi prowadząc stado krów, kilka koni oraz kilka owiec. Trzeciego dnia zajęliśmy się budową umocnień, jednak jedynym co zdążyliśmy zrobić przed zmrokiem było dwie wierze obserwacyjne.

***

- Co to za kierunek? – spytałem pokazując ręką na góry.

- W prawo – odpowiedział chłopak, którego szkoliłem na jednej z wież obserwacyjnych.

Zakryłem twarz dłońmi i pokręciłem ze zrezygnowaniem głową.

- To jest zachód cepie! – poprawił go, z lekkim uśmieszkiem, jego kolega.

Wojtek i Łukasz byli ochotnikami, którzy zgłosili się do prowizorycznej straży mającej na celu wypatrywanie nadchodzących wrogów i alarmowanie osady. Jak na razie spędziliśmy cały poranek na musztrze i nauce kierunków. Po co uczyłem ich kierunków? Otóż po to aby łatwiejsze było meldowanie skąd nadciąga wróg. Łukasz załapał o co chodzi prawie od razu, ale Wojtek miał pewne opory przed nauką. Na szczęście po kilku godzinach udało mi się nauczyć go podstaw czyli kierunków: północnego, południowego, wschodniego i zachodniego. Podstawowe szkolenie skończyliśmy jednak dopiero o zmroku.

Szedłem od strony wieży przez główny rynek myśląc nad tym gdzie mógłbym spędzić noc kiedy nagle spotkałem Katarzynę idącą skądś niosąc coś w koszyku. Gdy byliśmy blisko siebie zapytała:

- Dokąd idziesz?

- Szukam jakiegoś noclegu, czemu pytasz? – na te słowa dziewczyna uśmiechnęła się mrużąc oczy.

- Wiesz… jeślibyś chciał to… - zaczęła bawić się włosami – Mogłabym cię przenocować.

Zmarszczyłem brwi w zastanowieniu. Nie mogłem skojarzyć, który dom mógłby do niej należeć.

- Z chęciom. Tylko… gdzie mieszkasz?

- Tamta chatka na uboczu. – wskazała rękę na mały budynek nieco za linią większych budowli.

Wtedy przypomniałem sobie: to przy tym domku (a raczej jego ruinach) zabiłem potwora. Przechyliłem głowę nieco w lewo, przymrużyłem oczy i z uśmiechem powiedziałem:

- Prowadź.

Pierwsze pomieszczenie było dość skromne, ale daleko mu było do kompletnej rudery. Na środku stał stół, dwie ławy oraz jakaś skrzynia. Pod ścianą na wprost drzwi pod ścianą stał prosty kamienny piec nad którego paleniskiem wisiał garnek. Jak na trzy dni prac mieszkanie było dość dobrze wyposażone i urządzone. Gospodyni zapraszającym gestem wskazała na ławę. Posłusznie usiadłem i położyłem plecak obok siebie.

- Jesteś głodny? – spytała ciepłym głosem.

- Trochę, prawie cały dzień nic nie jadłem – odpowiedziałem wyjmując z plecaka połówkę czerstwego już chleba. – A co proponujesz?

- Zupę warzywną.

Rudowłosa wyjęła z koszyka jakieś warzywa, pocięła je w kostkę i wrzuciła do garnka z wodą. Następnie usiadła obok mnie.

- Skąd jesteś tak właściwie? – spytała podpierając się o stół.

- Z daleka… Bardzo daleka.

- Skądś dalej niż wielka pustynia?

Nie będąc pewien gdzie leży ta „wielka pustynia” przytaknąłem na co oczy dziewczyny zrobiły się wielkie jak talerze.

- Walerian mówił, że jesteś wojownikiem. Pewnie rodzina czeka na ciebie w domu.

- Nikt nie czeka… - powiedziałem przypominając sobie pogrom na Gryfonie IV – Zginęli podczas wojny…

- Jak to się stało? – spytała czule mnie obejmując.

- Prowadziliśmy wojnę z obcym królestwem. Grupa do której należałem została wysłana by zdobyć twierdzę wroga, bardzo potężną twierdzę – stanął mi przed oczami znów widok stacji orbitalnej Heurek. – Kiedy trwały walki armia tamtego królestwa zaatakowała bezbronną osadę w której mieszkali moi bliscy… - ledwo powstrzymałem płacz przypominając sobie płonące wieżowce i dymiące gruzy Nowego Jerycha nad którymi wciąż latały kanonierki – Wszyscy zginęli… nie oszczędzili nawet dzieci czy starców – Kasia przytuliła się do mnie przyciskając swój prawy policzek do mojego lewego.

- Tak musiało być, wykonywałeś rozkazy swojego władcy, to on powinien zadbać o ich bezpieczeństwo. Nie katuj się poczuciem winy, to nic nie da. – po tych słowach przytuliłem się do niej. Trwaliśmy tak kilka chwil, aż zupa nie zaczęła bulgotać. Wtedy dziewczyna puściła mnie z objęć i poszła zamieszać zupę i sprawdzić czy już się ugotowała.

Zupa była gotowa, więc Kasia nalała po chochelce do drewnianych misek i położyła je na stole wraz z również drewnianymi łyżeczkami. Danie było trochę niedoprawione, ale dało się zjeść. Kiedy już skończyliśmy rudowłosa zabrała miski i sztućce po czym znów usiadła blisko mnie i spytała z zaciekawieniem:

- Co było dalej?

Spojrzałem na nią podpierając się prawą ręką o stół.

- Potem zaatakowaliśmy główną twierdzę wrogów akcie zemsty – przypomniały mi się potężne mury Al.-Drażhy nękane potężnym ostrzałem – walki trwały wiele dni ale w końcu udało nam się zdobyć fortecę i zemścić na przywódcy wrogów. – dziewczyna oparła swoją głowę o moje ramię.

- A jak się tutaj znalazłeś.

- Tego dokładnie nie wiem. Wiem tylko, że brałem udział w wielkiej bitwie, a potem pojawiłem się w tym lesie. – rudowłosa podniosła głowę i spojrzała mi w oczy.

- To smutne, że straciłeś rodzinę, ja też straciłam bliskich. Dawno temu…

- Czyli mamy coś wspólnego – powiedziałem, a Kasia znów spojrzała mi w oczy.

- Na to wygląda. Mówił ci ktoś, że masz piękne oczy?

Przewertowałem szybko wspomnienia i odpowiedziałem:

- Raczej nie. – dziewczyna uśmiechnęła się pokazując swoje perliste ząbki.

- Wiec ja ci to mówię. Masz piękne oczy… - po tych słowach pocałowała mnie w policzek.

Przez chwilę byłem dość zmieszany i nie wiedziałem co powiedzieć. Rudowłosa wstała i podeszła do przejścia do drugiego pomieszczenie wykonując zapraszający gest ręką. Nie czekając na dalsze instrukcje poszedłem za nią. W drugim pomieszczeniu znajdowało się prowizoryczne łóżko z siana przykrytego skórą jakiegoś zwierzęcia. Skąd ona wzięła wyprawioną skórę? Nie miałem bladego pojęcia. Może to podarek od Huberta, albo coś w tym stylu, ale pewności nie miałem. Kasia siadła na łóżku i wskazała ręką miejsce obok niej. Usiadłem więc obok niej czując, że serce bije mi dużo szybciej.

- Wiesz, zawdzięczam ci życie i… to jest dług niezwykle trudny do spłacenia. Poza tym… w twojej obecności czuję się jakoś tak… Emm… inaczej.

- Do czego zmierzasz? – spytałem, a serce biło mi jak oszalałe.

Dziewczyna zsunęła lewe ramiączko swojej sukienki. Poczułem jak krew nabiega mi do twarzy i robię się czerwony, a usta wykrzywiają się w mimowolny uśmiech. Kasia zagryzła wargi i spojrzała na mnie słodkim wzrokiem. Następnie wtuliła się we mnie i oboje upadliśmy na łóżko.

***

Dookoła mnie wznosiły się wysokie mury podpierane kolumnadom, spomiędzy kolumn buchał ogień. Szedłem pewnie po czarnej od sadzy posadzce. Skąd i po co? Nie mam pojęcia, po prostu szedłem. Nagle znalazłem się na okrągłym placu, na jego środku stał słup zakończony koroną z ośmiu krwawych kolców. Podszedłem bliżej i znikąd na szczycie słupa pojawiła się postać ubrana w purpurę, miała białe włosy i jakkolwiek to nie zabrzmi martwe oblicze. To coś wyglądało jakby kiedyś było człowiekiem i umarło, dawno temu. Siną, z lekka nadgniłą twarz zdobiły puste, białe oczy pozbawione człowieczeństwa. Nagle istota spojrzała na mnie i rzekła:

- Nareszcie jesteś… Twe przeznaczenie czeka… Przyjdź do nas… Czekamy na ciebie władco… Synu Krwi.

- Nie mam z tobą nic wspólnego poczwaro! – krzyknąłem.

Istota uśmiechnęła się upiornie wyszczerzając kły.

- Tak tylko ci się wydaje… Rozejrzyj się!

Spojrzałem na boki i zobaczyłem, że znajduje się na środku równiny pokrytej kościami. Nagle kilka metrów ode mnie ze szczątków wyłonił się stwór, którego zgładziłem kilka dni temu. Obok niego wyłonił się inny pomiot. Wyglądał nieco jak koń. Z tą różnicą, że zamiast kopyt miał łapy ze szponami, na plecach nietoperze skrzydła, jego ogon wyglądał nieco jak krokodyli z ostrzem na końcu, a zamiast pyska plątaninę wężowych ogonów. Kolejny potwór pojawił się na lewo od nich. Był to wężowy stwór z głową manty, z której odchodziły parzące macki. Na jego ciele wiły się w agonalnym wrzasku ludzkie twarze.

- Oto Twoje dziedzictwo! – Wyszeptała istota za moimi plecami.

Szybko odwróciłem się chcąc schwycić umarlaka za gardło, jednak nie było tam nic, a ja znów leżałem na łóżku. Serce biło mi jak oszalałe, a oddech był szybki i rwany. Rozejrzałem się. Nadal byłem w domku, a Kasia leżała obok mnie przytulając się do mojej lewej ręki. Wyglądała tak słodko, niewinnie i błogo, że od razu się uspokoiłem i przytuliłem ją. Do rana nic już nie zakłóciło mi snu.

Rano obudziłem się dość wcześnie. Delikatnie i po cichu aby nie budzić dziewczyny wstałem z łóżka, ubrałem się i cichaczem wszedłem do głównego pomieszczenia. Przeszukałem garnek w poszukiwaniu czegoś jadalnego. Na moje szczęście było jeszcze trochę wczorajszej zupy. O jej smaku nie można było powiedzieć jednej rzeczy, a dokładnie, że była dobra. Na ciepło dało się ją jakoś zjeść, głód też miał pewien udział, ale teraz kiedy zupa była zimna, a ja niezbyt głodny, to jej smak był zupełnie inny. Jakoś udało mi się jednak wmusić w siebie danie.

Już miałem wychodzić, gdy nagle zamarłem… W przejściu do sypialni stała Kaśka z rękami skrzyżowanymi na piersi i lekko przymrużonymi oczami.

- A co ty robisz? – spytała spokojnym głosem.

- Nie chciałem cię budzić, wyglądałaś tak słodko kiedy spałaś…

- Eh, niech ci będzie, ale nie strasz mnie więcej. – powiedziała i odetchnęła głęboko.

Wyszedłem z domku i zacząłem spacerować po głównym placu, gdy nagle zaczepił mnie ojciec Walerian.

- Witaj Marku! – rzekł z uśmiechem.

- Witam.

- Właśnie miałem cię szukać – powiedział z dziwną miną.

- A w jakimże to celu? – spytałem nieco zdziwiony unosząc prawą brew.

Walerian rozejrzał się i szepnął:

- Nie tutaj, chodź za mną.

Nie mając nic lepszego do roboty posłuchałem i poszedłem. Weszliśmy do kościoła, potem przeszliśmy koło miejsca gdzie powinien stać ołtarz. Powinien, ale była tam tylko mała ambonka z zamkniętą księgą. „Interesujące…” pomyślałem. Kiedy przechodziliśmy tamtędy zerknąłem na księgę; miała okładkę zrobiona prawdopodobnie ze skóry, na niej widniał znak, który zdawało mi się już gdzieś widziałem. Znak wyglądał następująco: złota dwunastoramienna gwiazda położona na dwóch kołach w kolorze ciemnej żółci. Ramiona były zakończone tak jak w swarzycy.

Dalej znajdowała się klapa w podłodze przy której się zatrzymaliśmy. Walerian wziął pochodnię i zapalił ją, po czym rzekł:

- To co teraz zobaczysz prawdopodobnie będzie wstanie uszkodzić twoją psychikę.

- Zobaczymy – powiedziałem ironicznym głosem przypominając sobie bitwy w kosmosie, planety w ogniu i ogólnie cały ten syf, którego byłem świadkiem podczas służby.

Walerian szedł pierwszy oświetlając ciasny tunel. Droga nie była długa, 6, może 7 metrów. Nagle wyszliśmy do przestronnej, owalnej komnaty, w której stało kilka dość obszernych regałów z księgami, na środku znajdował się pulpit do czytania, a po jego obu stronach stoliczki, na których leżały różne przedmioty, na ścince natomiast wisiały pochodnie, które spowijały całe wnętrze w dość gęstym i gryzącym dymie. Kapłan podszedł do jednego z regałów i wyciągnął nieco podniszczoną księgę o okładce wzmocnionej czymś wyglądającym na srebro.

- Po ostatnich wydarzeniach stwierdziłem, że warto by przejrzeć zawartość niektórych ksiąg –  powiedział kładąc tom na pulpicie – i znalazłem to.

- „To”, znaczy co dokładnie?

Odpowiedziom było otwarcie księgi. Walerian otworzył ja na stronie gdzie widniała rycina przedstawiająca coś na kształt błyskawicy uderzającej ziemię, a obok znajdowały się napisy po łacinie.

- Tutaj pisze, że zostałeś wybrany ze swojego czasu, aby powstrzymać „falę krwi i terroru nie z tego świata”.

- Jesteś pewny, że to na pewno o mnie?

- Tak. Widziałem błyskawicę na czystym niebie o poranku, a kilka dni później pokonałeś te stwory.

„A więc to tak wyglądało z perspektywy innych…” pomyślałem.

- Czy mam to zrobić sam?

- Tutaj pisze, że z każdego czasu wybrano jedną osobę. Cokolwiek to znaczy…

- To już coś, a piszą coś o tym przeciwniku? – spytałem zamyślony.

Kapłan szybko przewertował kartki. Zatrzymał się na symbolu ośmioramiennej gwiazdy, której ramiona rozchodziły się symetrycznie.

- Oto jego symbol… - rzekł z niezwykłą powagą.

- Chodziło mi bardziej o sposób przeciwdziałania jego siłom.

Ponowne wertowanie. Tym razem zatrzymał się przy rycinie bramy, albo fortecy, ciężko stwierdzić.

- Trzeba „Zniszczyć jego serce w miejscu jego narodzin” czyli w tej budowli – wskazał na obrazek – Nazywają to „Twierdzą cierpienia”, jest ona materialną manifestacją wszelkiego zła i koszmaru.

- No to mnie pocieszyłeś – westchnąłem z ironią.

Jeszcze chwilę rozmawialiśmy na temat tego „Odwiecznego zła”, po czym wyszliśmy na zewnątrz. Kiedy wyszliśmy na plac zapytałem:

- Nie wie ojciec, czy w okolicy znajdują się jeszcze jakieś wioski?

- Czasami odwiedzają nas kupcy ze wschodu. Mówią oni, że przybywają z Isztar, czy jakoś tak. Mają oni ciemną skórę i luźne szaty.

- Tylko oni?

- Kiedyś rozmawiałem z jednym z nich i mówił mi, że odwiedzają jeszcze jakiś lud na równinach południowych, ale tamci to podobnież są na wpół dzicy. Mówił również, o jak on ich nazwał… - chwila zamyślenia – A tak, nazwał ich Urukami, czy coś w tym stylu, ale według niego to nie są ludzie tylko jakieś rozumne stwory.

Podziękowałem za informacje i coś mnie tknęło aby pójść do kowala. Kiedy dotarłem na miejsce spotkałem Wacława, który obecnie piastował urząd miejscowego kowala. Zastałem go kiedy ten zajadał z apetytem kromkę chleba.

- Witaj! – powiedziałem głośno unosząc mą prawicę w powitalnym geście.

- Witajcie, witajcie – odpowiedział odrywając się od zajęcia i patrząc na mnie – Czego potrzebujesz?

- Tak sobie ostatnio myślałem, że przydałby mi się jakiś lepszy sprzęt. Wiesz, ta siekiera ni jest zbyt wielofunkcyjna.

- Do czego zmierzasz? – spytał marszcząc brwi.

- Kilof – odpowiedziałem z satysfakcją – Potrzebny mi kilof, nie masz jakiegoś na stanie?

Wacław zamyślił się na chwilę przeżuwając chleb.

- Ano coś się znajdzie, ale już trochę zużyty.

- Mógłbyś pokazać?

- Oczywiście, i tak do niczego mi nie jest potrzebny.

Kowal zniknął na chwilę wewnątrz swej kuźni po czym wyszedł niosąc nieco podrdzewiały kilof. Od razu widać było, że nie był on długo używany.

- Trzymaj, może tobie przyda się bardziej niż mi – powiedział z uśmiechem – I jeszcze jedno, jakbyś kiedyś miał na zbyciu rudę jakiegoś metalu, to możesz mi ją przekazać – mówiąc to spojrzał porozumiewawczo.

- Umowa stoi!

„Jutro powiadomię ich, że wracam w góry, a teraz przydałoby się załatwić jakiś nocleg.” – pomyślałem. Kiedy spacerowałem po wiosce nagle z zaskoczenia coś n mnie wskoczyło od tyłu… Zauważyłem tylko jeden szczegół nim spotkałem się z ziemią: to „coś” miało rude włosy.

- Co robisz? – spytała Kasia swoim słodkim głosem ledwo powstrzymując się od śmiechu.

- Rozmyślam nad sensem życia… - odpowiedziałem starając się oderwać twarz od murawy, co było trudne zważywszy na dziewczynę leżącą na mnie.

- Ciekawe, a gdzie dzisiaj nocujesz? – spytała ponownie schodząc ze mnie.

- No cóż… u ciebie zostawiłem większość mojego ekwipunku, więc… - Odrzekłem podnosząc się z ziemi. Kiedy już wstałem to pierwszą rzeczą jaką ujrzałem była uśmiechnięta rudowłosa dziewczyna.

- No to chodźmy, ściemnia się już.

Nie czekając na ponaglenia ruszyłem za dziewczyną do jej chatki niosąc nonszalancko kilof. Tym razem na kolację była jakaś potrawka z kawałkami mięsa, która smakowała dużo lepiej niż ostatnia. Po posiłku poszliśmy spać.

***

- Co znowu!? – spytałem najkulturalniej jak mogłem unosząc się nad płonącym czymś.

W odpowiedzi usłyszałem tylko szyderczy śmiech i nagle spadłem prosto w ogień, lecz zamiast spłonąć pojawiłem się na środku wioski. Tak mi się przynajmniej wydawało, gdyż wszędzie panowały pożary, a płomienie wznosiły się wysoko przysłaniając niebo. Zastanowiło mnie tylko jedno, czemu nie ma dymu. Po chwili podziwiania krajobrazu zostałem „wrzucony” do wnętrza kościoła, gdzie szalała zgraja demonów o bliżej nieokreślonych kształtach. Nagle jedno ze stworzeń spojrzało na mnie i coś zasyczało, na co inne schwyciło mnie mackowatymi kończynami i wrzuciło do dziury, która znajdowała się na miejscu ołtarza. Kiedy wylądowałem na jakimś rodzaju posadzki wstałem, rozejrzałem się i ujrzałem otwartą księgę unoszącą się w centrum ośmioramiennej gwiazdy na tle ognistej otchłani pełnej zawodzących dusz.

- Chodź do mnie sługo! – powiedział donośny głos.

- Nie masz nade mną żadnej władzy! Wracaj do otchłani z której wypełzłeś… łaś… łoś… Czymkolwiek jesteś wracaj tam! – odrzekłem

- Hardy jesteś! Podobasz mi się.

Przez chwile zamyśliłem się, pierwszy raz jakaś książka mówi, że się jej podobam, w pełni zrozumiałbym gdyby to była kobieta, lub w ostateczności facet, ale książka? Moje filozoficzne rozmyślania znów przerwał głos księgi:

- Zrób ten krok, przejdź na mają stronę. Nie pożałujesz.

- Uczono mnie, abym nie ufał nieznajomym, a w szczególności księgom wiszącym w centrum ośmioramiennej gwiazdy na tle piekielnej otchłani, które wyrażają się na dodatek skrajnie dwuznacznie. Kim ty w ogóle jesteś, że składasz mi takie propozycje? – wypaliłem bez zastanowienia.

- Jestem heroldem otchłani, mówcą piekielnym, zabójcom nadziei – w tym momencie się wyłączyłem i zacząłem rozmyślać gdzie ja jestem i dlaczego rozmawiam z księgą, nie przypominałem sobie abym brał jakiekolwiek narkotyki, ani nic podobnego. Możliwe, że tamta zupa mi zaszkodziła, ale raczej nie, bo Kasia była raczej dobrą kucharką. – Ty mnie w ogóle słuchasz!?

- Mówiłeś coś?

- Mówiłem, że jestem… A w zasadzie po co będę ci to powtarzał? Przybyłem tutaj po to aby cię przeciągnąć na stronę mojego Pana, lub cię zniszczyć, a nie powtarzać w kółko kim ja jestem!

Odpowiedziałem głębokim ziewnięciem, co tylko jeszcze bardziej rozjuszyło istotę. Zauważyłem, że gwiazda zmieniła się z pojedynczych i gładkich płomieni w postrzępione i bardziej „pierzaste”.

- Uważaj bo sobie okładkę przypalisz.

- DOŚĆ! Jeszcze jedno słowo i skończysz jako pieczeń!

Po tych słowach płomienie wystrzeliły w moim kierunku lecz zatrzymały się kilka centymetrów od mojej skóry i miałem wrażenie, że coś blokuje działanie księgi. Może to była moja pewność siebie? A może czuwała nade mną jakaś wyższa siła? Nie wiem, ale jedno było pewne, księga nie miała do mnie dostępu. Uśmiechnąłem się szeroko bez poważniejszego powodu i nagle płomienie zniknęły, a ja znów leżałem na łóżku, tak samo jak zeszłej nocy, tylko tym razem ktoś dobijał się do drzwi.

Szybko założyłem spodnie i pobiegłem do drzwi po drodze łapiąc topór. Ostrożnie otworzyłem drzwi i ujrzałem wystraszonego do głębi o. Waleriana. Był on blady jak trup, a oczy miał szeroko otwarte. Jednym słowem wyglądał jakby zobaczył coś nie z tego świata.

- Co się stało?

- K-k-księga, o-ona.

- Co się z nią stało? Może ojciec wejdzie? – spytałem zapraszając kapłana do środka.

Kiedy wszedł i usiadł na ławie do pomieszczenia weszła naga Kasia. Walerian szybko odwrócił wzrok, przeżegnał się i zasłonił oczy dłonią w jednej płynnej sekwencji ruchów, zupełnie jakby taki odruch był dla niego czymś co robił codziennie.

- Kasiu, może byś się tak ubrała co nieco? Jeszcze szanowny gość zejdzie na zawał. – powiedziałem półżartem.

- Sugerujesz coś? – spytała robiąc urażoną minę.

- Tylko to, że nie każdy jest przyzwyczajony do widoku tak wspaniałego ciała. – odparłem spoglądając na nią z uśmiechem.

- No dobra, niech ci będzie… - powiedziała wracając do sypialni.

- Wracając do tematu. Co się stało z księgą?

- O-ona, a zresztą chodź zobacz! – powiedział wstając i machając na mnie ręką abym ruszył za nim.

Szybko ubrałem się, wziąłem ekwipunek i ruszyłem za kapłanem. Szybko dotarliśmy do kościoła, teraz jednak dało się wyczuć dziwna aurę bijącą od budowli. Coś wisiało w powietrzu, coś starego i złego. Kiedy tylko przekroczyliśmy próg budowli doznałem trwającej ułamek sekundy wizji przedstawiającej poranioną, zakrwawioną, lecz uśmiechniętą ludzką twarz. Przez chwilę nie wiedziałem co się dzieje, ale szybko się pozbierałem i ruszyłem dalej. Już po kilku szybkich krokach znaleźliśmy się przy klapie prowadzącej do komnaty z księgą.

- Czujesz to? – spytał przerażony kapłan

Nie dało się ukryć, że to miejsce spowiła ciężka, niemal namacalna aura czegoś nadnaturalnego i mrocznego, aura wlewająca się do umysłu, mieszająca zmysły i zakłócająca myślenie.

- Czuję… - odpowiedziałem otwierając klapę – cokolwiek to jest nie pochodzi z tego świata.

Zeskoczyłem do tunelu i głęboko odetchnąłem. Spojrzałem w głąb korytarza, w kierunku komnaty. Zobaczyłem, że stamtąd promieniuje żółto-czerwone światło i usłyszałem jakieś szepty. Zacząłem na szybko układać w myślach jakąś modlitwę, mając nadzieję, że to pomoże, a przynajmniej ukierunkuje mój umysł na niesłuchanie tego z czym się zaraz zmierzę. Kiedy wkroczyłem już do komnaty ujrzałem w miejscu pulpitu do czytania coś, co wyglądało mi na wyrwę w rzeczywistości. Przez szczelinę ujrzałem coś wyglądające jak jakaś jaskinia, cała była jak gdyby zbudowana ze zmasakrowanych, jeszcze krwawiących ciał. Od razu przypomniałem sobie sen, który nawiedził mnie w nocy zanim przybyłem do tej wioski. Wzdrygnąłem się. Nagle spostrzegłem, że obok portalu stoi jakaś postać czytająca coś z księgi. O razu poznałem, że była to ta sama księga z którą rozmawiałem we śnie, jednak twarz postaci skrywał kaptur. Zrobiłem kilka kroków, kiedy nagle istota spojrzała na mnie zamykając księgę i rzekła:

- Witaj, czekałem na ciebie… – powiedział zdejmując kaptur. Rzeczą, która mnie uderzyła w jego wyglądzie było to, że był do mnie łudząco podobny, z tą różnicą, że był ogolony oraz miał „ślepe” oczy, czyli pozbawione tęczówki i źrenic. Oprócz tego miał trupiobladą cerę. – Bracie.

- Bracie? Nie znam cię! – odpowiedziałem zdziwiony.

- Możliwe, że już nie pamiętasz, ale za to ja pamiętam doskonale. – rzekł nieco rozgniewany.

- Przypomnij mi więc.

- Dobrze, niech ci będzie. Ziemia, dzień twoich narodzin, w zasadzie to naszych, ale to szczegół. Była dokładnie 16:27 i sekund 19 kiedy to okazało się, że tylko jedno dziecko przeżyło poród. – Teraz zacząłem sobie przypominać pojedyncze zdania, pojedyncze wydarzenia, smutek rodziców w niektórych chwilach, pojedynczy grób na cmentarzu, mówiono, że to mojego przodka – Pamiętasz co ci mówili? Że zawsze byłeś jeden, sam. O mnie zapomnieli!

- Nie zapomnieli… Pamiętali, tyle, że ty tego nie mogłeś widzieć! Czy rodzic jest w stanie zapomnieć o dziecku!? – niemal krzyknąłem.

- Łatwo o tym mówić tobie. Ty, który nigdy nie zaznał prawdziwej samotności.

- Obaj zginęliśmy w samotności, opuszczeni przez wszystkich…

- Tyle, że ja musiałem spędzić tutaj całe 26 lat! Gdyby nie mój obecny Pan, to sczezłbym gdzieś w lesie! Rozumiesz!? Oczywiście, że ty tego nie zrozumiesz! Zawsze miałeś wszystko! – krzyczał upadając na kolana i zaczynając płakać.

Podszedłem bliżej czując nieopisany żal i smutek, łzy same cisnęły mi się do oczu. Po drodze przypomniałem sobie napis na nagrobku. Ukląkłem tuż przed nim po czym położyłem mu rękę na ramieniu, a kiedy podniósł wzrok rzekłem:

- Wiem jak to jest stracić wszystko, wszystkich bliskich, całą rodzinę… - znów naszły mnie wspomnienia, lecz starałem się nie rozpłakać. Zobaczyłem kątem oka jak coś zbliża się powoli z drugiej strony portalu – A teraz proszę cię Karolu, zamknij portal, dla dobra nas wszystkich.

- Dobrze. – powiedział ocierając łzy – Ale proszę cię, na wszystkie świętości zniszczę tę księgę! A teraz idź, zabierz to przekleństwo i zniszcz je!

- Dziękuje bracie, nie zapomnę ci tego. – odrzekłem zabierając księgę i kierując się szybkim krokiem do wyjścia – Może jeszcze się spotkamy.

Kiedy tylko wyszedłem z tunelu otwór został pochłonięty przez płomienie, a następnie w glebę. Gdy to ujrzałem, to upadłem na twarz i wybuchłem płaczem. W ciągu mniej niż 5 minut poznałem swojego zagubionego brata, tylko po to, aby go powtórnie stracić. Na widok całej tej sceny Ojciec Walerian podbiegł do mnie, prawdopodobnie spodziewał się najgorszego. Podniósł mnie na równe nogi i widząc księgę spytał:

- Co teraz?

- Trzeba to zniszczyć – rzekłem ocierając łzy – Ta księga spowodowała wystarczająco zła.

- Ale jak?

- Spróbujemy wszystkiego.

Szybko wyszliśmy z kościoła, a ja przechodząc przez wrota przeżegnałem się, tak dla bezpieczeństwa. Zdążyliśmy przejść zaledwie kilka metrów, kiedy doszedł naszych uszu tajemniczy dźwięk. Nie przypominał niczego co do tej pory słyszałem. Zaraz po tym zerwał się niesamowicie silny wiatr, który przewrócił mnie i Waleriana. Trwało to kilka sekund, po tym czasie usłyszałem jak coś ciężkiego ląduje na murawie przed nami. Podniosłem się najszybciej jak mogłem i ujrzałem jakiś wielki, ciemny kształt ze skrzydłami. Chwilę musiałem się przypatrywać, aby moje oczy przyzwyczaiły się do mroku. Kiedy dostrzegłem więcej szczegółów poczułem jak krew odpływa mi z twarzy i kończyn.

- Heksogul! To jest Heksogul! – krzyczał Walerian biegnąc, jednak jego krzyk, mimo, że był on zaledwie kilka metrów ode mnie wydawał się  mi tak odległy, że niemal niesłyszalny. Zauważyłem również, że nie mam przy sobie księgi.

”Boże, tylko nie to” – pomyślałem szeptem kiedy stwór zaczął kroczyć na swych czterech szponiastych odnóżach ku mnie. Stwór, którego widziałem w wizji właśnie szedł mnie wypatroszyć. Wężowate macki na jego pysku wiły się, a gadzi ogon falował, jak u kota pragnącego zabawy. Chwyciłem pewnie mój topór i przygotowałem się do starcia.

Stwór będąc jakieś 3 metry ode mnie nagle rozłożył skrzydła i wykonał nimi zamach, lecz zamiast wzbić się w powietrze wystrzelił w moim kierunku niczym pocisk. Ledwo uniknąłem jego rozpędzonego ciała i uderzyłem go w lewy bok ostrzem topora. Zapomniałem jednak o jednej rzeczy, o ogonie. Dostałem tak mocno w tors, że przez chwilę nie mogłem złapać oddechu, ale bardziej istotnym w tamtym momencie było to, że znajdowałem się w powietrzu robiąc dziwne ewolucje akrobatyczne. Mój wspaniały lot zakończony został dość brutalnie przez ziemię. Najpierw uderzyłem prawym bokiem, potem twarzą, a ostatecznie wylądowałem na plecach. Zacząłem zwijać się z bólu trzymając się na głowę i klatkę piersiową. Czułem jak mięśnie mi pulsują, a przeszywający świadomość pisk w mojej głowie był nie do zniesienia.

Spróbowałem się podnieść, ale zakończyłem swoje wysiłki na spoczęciu na kolanie. „Mam połamane żebra” – pomyślałem. Nagle poczułem jak ktoś kładzie mi dłoń na lewym ramieniu, po chwili usłyszałem przyjazny, męski głos, który powiedział:

- Walka się jeszcze nie skończyła.

Po tych słowach ból ustąpił, a j mogłem już normalnie wstać. Rozejrzałem się lecz oprócz Heksogula i mnie nikogo nie było. Szybko zauważyłem, że pewne siebie stworzenie kieruje się dumnym krokiem po księgę. Ja tymczasem wyszukałem wśród ciemności topór i stanąwszy w pewnej odległości krzyknąłem na bestię. Heksogul odwrócił swój paskudny łeb w moją stronę i wydał się nieco zmieszany, lecz szybko zaczął zbliżać się do mnie tak samo jak poprzednio. Tym razem jednak wiedziałem co nastąpi i kiedy uniósł on skrzydła wykonałem szybki odskok w prawo niemal idealnie zsynchronizowany z ruchem skrzydeł istoty. Stwór wyhamował dopiero po kilku metrach, ja w tym czasie podbiegłem do niego i wbiłem mu ostrze w lewy bok. Krzemień zagłębił się w tkankach i spowodował, że stwór zaryczał potężnie. Nie czekając na następną reakcję puściłem trzonek i odskoczyłem. Znów staliśmy naprzeciw siebie. Heksogul użył jednej z łap aby wyciągnąć topór po czym złamał trzonek. Nagle usłyszałem donośny kobiecy głos.

- Tego pragniesz bestio!? – spojrzałem w kierunku z którego dobiegał głos. Stała tam Kasia trzymająca księgę nad swoją głową. – To chodź i sobie weź!

- Nie, nie czyń tego dziewczyno… - szepnąłem pełen nieopisanej grozy jaka nagle mnie napełniła.

Nim zdążyłem cokolwiek zrobić Heksogul był już kilka metrów przed dziewczyną. Zatrzymał się nagle i wyrzucił przed siebie swój ogon z kolcem na końcu. Kasia zdążyła się jedynie zasłonić księgą zanim szpikulec zagłębił się w klatce piersiowej. Opuściła ręce, jednak Przeklęty Tom nadal był utrzymywany przy jej piersi przez ogon bestii. Stwór wydał z siebie rozpaczliwy dźwięk po czym zamaszystym ruchem wyciągnął ostrze. Księga będąc jeszcze w powietrzu została pochłonięta w eksplozji ognia, a kiedy płomienna kula osiągnęła odpowiedni rozmiar została wciągnięta przez implozję po czym nastał spokój. Ciało dziewczyny upadło głucho na glebę. Heksogul zawył ponownie wiedząc, że nie spełnił zadania, a następnie odleciał.

Najszybciej jak mogłem podbiegłem do Kasi, jeszcze żyła.

- Nie odchodź… Proszę… - powiedziałem przez łzy na co ona nieco uniosła prawy kącik ust.

- W końcu zrobiłam coś dobrego… Mówił ci ktoś, że masz piękne oczy?

- Ty mi to mówiłaś… Zostań przy mnie… - powiedziałem łkając.

- Nie czuję nóg, i rąk, boję się, jest mi zimno.

- Jestem tutaj, po prostu noc jest zimna… - Powiedziałem przytulając ją. Czułem jakby ktoś właśnie wyrwał moją duszę i rozerwał na strzępy. Płakałem choć wiedziałem, że nic to nie zmieni.

- Je-jeszcze jedno… - powiedziała dławiąc się swoją krwią – Kocham cię.

Spojrzałem na nią przez łzy i powiedziałem tłumiąc płacz:

- Ja ciebie też. – po tych słowach pocałowałem ją w usta. Gdy skończyłem pocałunek spostrzegłem, że ona już nie żyje.

Płakałem przez niemalże całą noc przy jej ciele złożonym w zrobionej na szybko trumnie. Gdyby nie krwawa plama na piersi, to wyglądałaby jakby spała. Miała dłonie złożone na piersi, pod głowę podłożony został zwinięty koc.

Ceremonia pogrzebowa odbyła się rano. Jej ciało złożono do grobu na peryferiach terenu zajmowanego przez wioskę. Wszystko odbyło się szybko i sprawnie, bez zbędnego przedłużania. Wszyscy pocieszali się nawzajem, a następnie złożyli mi kondolencje, gdyż wiedzieli, że to z nią związałem się najbardziej przez czas, który tutaj spędziłem. Następnie korzystając z chwili powiedziałem im, że postanowiłem powrócić w puszczę. Po wszystkim, czyli około południa tylko ja zostałem przy grobie. Stałem tam jeszcze chwilę myśląc co teraz zrobić. Powróciłem Do wioski, a pierwszą osobą jaką spotkałem był kowal Wacław niosący siekierę, gdy byliśmy naprzeciw siebie rzekł:

- Trzymaj, pomyślałem, że ci się może przydać po stracie tamtego topora – powiedział dając mi siekierę o żelaznym ostrzu, po czym poklepał mnie po ramieniu.

- Dziękuje – powiedziałem z lekkim wymuszonym uśmiechem.

- Nie obwiniaj się o to, nie miałeś na nią wpływu. To był jej wybór – dodał kowal.

Następnie jeszcze chwilę rozmawialiśmy po czym rozstaliśmy się. Tuż przed moim wyruszeniem podeszła do mnie Astrid i powiedziała, że jakbym czegoś kiedyś potrzebował to mogę się do niej o to zwrócić.

Ostatecznie wyruszyłem w las około godziny szesnastej. Szedłem lewą stroną rzeki, ku źródłu. Do mojej bazy dotarłem przed zmrokiem. Zauważyłem, że rośliny zaczęły już ładnie kiełkować, a posłanie w jaskini zmieniło się w zeschnięte badyle więc zrobiłem na szybko nowe po czym zjadłem trochę chleba, który wziąłem z wioski i poszedłem spać.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki