FANDOM


Transporterem trzęsło jak diabli, na zewnątrz słychać było huk wybuchów a sierżant darł się wniebogłosy:

- Żołnierze! Słuchajcie rozkazów i pamiętajcie czego uczyli was na szkoleniu, a może wrócimy żywi!

Samo to, że powiedział "wrócimy" podniosło nas na duchu, bo nigdy czegoś takiego nie powiedział. Ściskałem w dłoniach mój karabin automatyczny, gdy nagle coś uderzyło z niewiarygodną siłą w transporter. "Trafili nas" pomyślałem lecz wtedy rozległ się ryk tak straszliwy, że wydawać się mogło, nie pochodził z tego świata. W pewnym sensie tak było, gdyż znajdowaliśmy się na jakimś pustkowiu, jakiejś planety, na totalnym zadupiu galaktyki i musieliśmy walczyć z jakimiś dzikusami, a każdy metr ziemi wykupywać litrami krwi i setkami ciał żołnierzy takich jak ja, czy sierżant. W imię czego walczyliśmy? Dobre pytanie, na tej planecie nie ma złóż minerałów, ani żyznych gleb, klimat jest skrajnie suchy, a cała niemalże planeta to pustynia, niezdatna do zamieszkania, jednak coś pchnęło ludzi do podboju tego zadupia. Ale, jeśliby się lepiej przyjrzeć, można by zauważyć małe owady - dość wszędobylskie, które potrafią rozkładać białka na proste substancje (tlen, wodór, węgiel) i używać ich jako zapasów, a co najciekawsze, większość tlenu wydalały do atmosfery. To właśnie dzięki nim mogły się rozwinąć inteligentne stwory, z którymi teraz musimy się użerać, ponieważ nie pozwoliły na wybudowanie placówek badawczych na planecie, uznając je za "bluźniercze". Tymczasem kierowca krzyknął, że dalej nie pojedzie z powodu rozwalonej gąsienicy (z czego nie użył słowa rozwalonej). Sierżant wydał rozkaz opuszczenia pojazdu, a ja wychodziłem jako drugi, więc miałem zarąbisty fart, co nie? Wybiegliśmy w 16 chłopa na rozpaloną i spękaną słońcem pustynię, wszędzie wokół wybuchały prowizoryczne rakiety, granaty czy jakkolwiek inaczej można by to nazwać. Obok transportera stał wielki stwór przypominający goryla, a na jego plecach siedział cztero ręki gadopodobny humanoid.

- Strzelać! Strzelać kurwa w niego! - krzyczał sierżant, a my posłusznie oddaliśmy salwę, ten na górze padł, ale większy zdążył zabić jednego z naszych odrywając mu głowę.

Przebiegliśmy jeszcze kilka metrów, kiedy nagle trafiła w nasz oddział rakieta zrobiona cholera wie z czego i jak, od wybuchu straciłem obie nogi lecz jako jedyny przeżyłem. Niestety, w moim kierunku zaczęło biec chyba ze 30 obcych. Bez namysłu otworzyłem ogień i zestrzeliłem kilku z nich.

- Żywcem mnie nie weźmiecie skurwiele! - i odbezpieczyłem wiązkę granatów.

Poczułem, że unoszę się w przestrzeni, poza czasem i rzeczywistością. Nagle poczułem, że leże na ziemi. Otworzyłem oczy, zobaczyłem niebo i gałęzie drzewa, usłyszałem szum liści i wody. Podniosłem się i rozejrzałem - byłem na brzegu jakiegoś strumyczka w środku lasu, miałem na sobie trampki, jakieś skarpety, dżinsy oraz zieloną koszulkę z krótkim rękawkiem, a obok mnie leżał plecak. Wstałem, podszedłem do niego i zajrzałem do niego. Był w nim nóż, bochenek chleba, pusta manierka oraz 2 jabłka. Wziąłem nóż i poszedłem ściąć pęd leszczyny rosnącej nieco w głąb lasu. Gdy po jakiejś półgodzinnej walce z rośliną zdobyłem dość porządny kawał kija, zaostrzyłem go na węższym końcu dzięki czemu tworzyłem zacną dzidę. Kiedy miałem już broń podszedłem do strumyka i napełniłem manierkę, po czym zacząłem iść wzdłuż strumyka.

Przeszedłem tak kilka kilometrów, a las tylko trochę się przerzedził. Na moje nieszczęście poczęło się zmierzchać, a i mój brzuch domagał się posiłku, więc wyjąłem z plecaka jabłko i począłem je podgryzać, aby choć trochę załagodzić głód, niestety nie mogłem sobie pozwolić na jakąś ucztę z oczywistych powodów. Nagle wszedłem na małą leśną polanę i zamurowało mnie. Stało na niej około 10 może 14 humanoidalnych istot (nawet bardzo humanoidalnych) lecz jeden fakt sprawił, że omal nie zwróciłem jabłka, te stwory mimo ludzkiego wyglądu nie miały skóry, a ich mięśnie były koloru jasnofioletowego, z odległości bieliły się ich gołe czerepy. podszedłem bliżej ze swoją dzidą, a najbliższy dzierżący topór z krzemiennym ostrzem rzucił się na mnie bez ostrzeżenia. Uniknąłem ciosu i nabiłem oponenta na dzidę, jeszcze chwilę krzyczał po czym skonał. Jak na komendę pozostali uzbrojeni w kije lub pięści rzucili się na mnie krzycząc wniebogłosy. Podniosłem topór i ruszyłem w ich stronę oraz nie wiedząc czemu zacząłem się modlić słowami:

- Pan jest pasterzem moim, nie brak mi niczego... - z tymi słowami wziąłem zamach i odciąłem głowę najbliższemu stworowi a następnego trafiłem toporem w brzuch i wykorzystując siłę uderzenia przerzuciłem nad sobą - ...Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach i nad wody spokojne prowadzi mnie... - lewe ramie oraz głowa stwora spadły na ziemię, a inny trafił mnie kijem w twarz, za co nie zostałem dłużny i zmiażdżyłem mu tchawice trzonkiem - ...Orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swe imię... - dostałem lewym sierpowym w twarz tak mocna, że się odwróciłem korzystając z okazji zdjąłem z główki stwora by potem zanurzyć topór w jego klatce piersiowej. Szybko wyciągnąłem topór i trafiłem oprawce w bok prawdopodobnie łamiąc mu kręgosłup i niemalże przecinając go na pół. Inny zaczaił się za mną ale go zauważyłem i trafiłem poziomo w głowę na wysokości oczu - ...Choćbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo ty jesteś ze mną... - Uderzyłem nacierającego stwora w twarz tak mocno, że się przewrócił, a ja kopnąłem go w tchawice. Zostało jeszcze trzech lecz ci byli inni oni mieli ubrania i plecaki, a jeden miał nawet nóż! - ...Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza. Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników; namaszczasz mi głowę olejkiem; mój kielich jest przeobfity... - Stwory zaczęły mnie okrążać, a ja niemal bez namysłu rzuciłem się na tego z nożem, próbował mnie dźgnąć lecz topór był dłuższy i rozpłatałem go od szyi przez klatkę piersiową i brzuch, aż topór zatrzymał się na ziemi. Wykorzystując chwilę w której wyciągałem topór drugi uderzył mnie kijem po plecach przez co straciłem na parę sekund oddech. Następnie "podciąłem" go toporem tak, że uklęknął na jedno kolano i odsłonił kark co wykorzystałem i odciąłem mu głowę; słychać było tylko trzask pękającego kręgu szyjnego. - ...Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia i zamieszkam w domu Pańskim po najdłuższe czasy.... - ostatni próbował uciekać lecz byłem szybszy i wbiłem mu topór w tył głowy - ...Amen!

Wyciągnąłem topór i przeszukałem plecaki tych trzech ostatnich. W jednym był bochenek chleba, w drugim krzesiwo oraz dwie nieco zwiędłe marchewki, a w trzecim (czyli uciekiniera) kawałek jakiegoś mięsa, które ciężko było zidentyfikować przez warstwę pleśni, były tam też dwa zgniłe pomidory oraz jabłko tak przegniłe, że pomyliłem je z ziemią. Zabrałem również nóż od tego "rozpłatanego". Zebrałem wszystkie ciała oraz nazbierałem chrustu i po słowach "Wieczny odpoczynek racz im dać Panie" podpaliłem stos, przy którym spędziłem noc.

Wschodzące słońce rozświetliło las i polane purpurowym blaskiem, ze stosu pogrzebowego została jedynie wypalona i pokryta popiołem ziemia. Odczuwałem głód więc sięgnąłem do plecaka po jabłko, kiedy je wyjmowałem poczułem na dnie plecaka coś drobnego w dotyku tożsamego niemalże z piaskiem. Wziąłem garść tego czegoś i obejrzałem. Były to nasiona marchwi, pamiętałem ich wygląd z dzieciństwa, które spędziłem na wsi. "Czyli nie będę głodował, tylko muszę znaleźć miejsce na uprawę..." pomyślałem po czym odłożyłem nasiona i wziąłem jabłko. Kiedy miałem ugryźć owoc coś mnie tknęło, wstałem i podszedłem do strumyka po czym spojrzałem w wodę. Po chwili wytężania wzroku spostrzegłem pojedyncze małe ryby. Przypomniałem sobie ze szkolenia, że aby złowić ryby w wąskim potoku najlepszym sposobem jest użycie lejka przepuszczającego wodę, zwężającego się zgodnie z nurtem. Rozejrzałem się po polanie szukając materiału do sklecenia ów lejka. Trawa okazała się najlepszym rozwiązaniem gdyż było jej najwięcej i źdźbła były odpowiednio długie. Podczas konstruowania każdy etap zagryzałem jabłkiem. Gdy skończyłem było około południa, a z jabłka nie zostało wiele.

Byłem dumny z mojego dzieła, może i nie było jakimś arcydziełem ale nie miało wyglądać lecz działać. Założyłem więc sidła i poszedłem w las aby zbadać teren. Starałem się nie oddalać od polany gdzie natenczas była moja baza wypadowa. Po jakiś dwóch godzinach szukania jedynymi ciekawymi rzeczami na które się natknąłem były krzak borówek oraz olbrzymi dąb na którego się wspiąłem przekonany, iż zobaczę stąd jakiś punkt w którego kierunku mógłbym zmierzać. Jak się okazało dąb był wyższy niż myślałem dzięki czemu widnokrąg też był znaczny. Sugerując się ruchem słońca na zachodzie znajdowały się góry, a na wschodzie ciągnąca się aż po horyzont puszcza tylko gdzieniegdzie poprzecinana rzekami, tak samo na północy i południu. Stwierdziłem, że najlepszym pomysłem będzie udanie się w kierunku gór, ponieważ w górach niemal zawsze można znaleźć coś ciekawego na przykład rudy metali, przynajmniej tego uczyli w Marsjańskiej Akademii Nauk (do której nie chwaląc się uczęszczałem i skończyłem ją z wyróżnieniem).

Kiedy wróciłem do „bazy” pierwszą rzeczą, którą zrobiłem było oczywiście sprawdzenie sideł. Na moje szczęście złapało się kilka mniejszych rybek oraz jedna duża mająca tak na oko 30-35 cm długości. „Nareszcie coś treściwszego” pomyślałem na głos po czym oprawiłem ryby, nabiłem na wystrugane patyki oraz rozpaliłem ognisko nad którym upiekłem zdobycze. Zjadłem małe rybki wraz z dwiema kromkami chleba, a dużą zawinąłem w kawałek materiału który zabrałem jednemu z pokonanych zeszłego wieczoru stworów (oczywiście po przegotowaniu go w manierce z wodą, którą wylałem i wyparzyłem następnie raz jeszcze). Sidła zabrałem ze sobą tak co by drugi raz się nie trudzić. Pokręciłem się jeszcze trochę po polanie szukając czegoś pożytecznego, znalazłem tylko 3 dojrzałe kłosy pszenicy co było dla mnie niemałym zaskoczeniem, jednak nie miałem zamiaru marnować okazji na zapewnienie sobie zaplecza gospodarczego i zabrałem kłosy upychając je w plecaku, który jakoś dziwnie szybko się zapełniał.

Po dość długim marszu zauważyłem, że teren zaczyna się robić stromy, co znaczyło, że jestem już u podnóża gór. Mimo stromizny szedłem wytrwale, aż nagle zauważyłem mały strumyk, który żłobił w zboczu niewielkie wgłębienie „Pewnie jestem w pobliżu źródła” pomyślałem i zacząłem iść w górę strumienia. Po chwili wspinaczki znalazłem się na niemalże płaskim występie pokrytym murawą, przez której środek przepływał strumyk, a dostępy do niej broniły cztery majestatyczne buki. Odetchnąłem głęboko i przebiegłem oczyma wzdłuż strumienia, straciłem z nim kontakt wzrokowy w miejscu gdzie skała niezwykle szczelnie pokryta była winoroślą. Pierwszym co mi przyszło do głowy była oczywiście jaskinia. Nie szczędząc czasu wyciąłem sobie drogę przez winorośl za pomocą mego zdobycznego topora.

Kiedy wszedłem do wnętrza zobaczyłem ogromną pieczarę po dnie której szumiał strumyk. Zaciekawiony tym z jakiego rodzaju skały zbudowana jest jaskinia podszedłem do ściany lecz było zbyt ciemno by można było określić co to za skała. Wyszedłem więc na zewnątrz nazbierać opału na ognisko nocne, spojrzałem na niebo i spostrzegłem, że pojawiają się gwiazdy, czyli było już trochę późno więc sprężyłem się ze zbieraniem i wróciłem do jaskini i rozpaliłem przy ścianie ognisko. Wyciągnąłem z plecaka rybę, podgrzałem ją nieco i zjadłem ze smakiem zagryzając marchewką. Najedzony siadłem pod ścianą i zacząłem nucić „Maszerują strzelcy”, tak po kilku chwilach oczy same zaczęły się zamykać, a mnie ogarnęła błogość i zasnąłem zsuwając się na bok dalszy od ogniska i w takiej pozycji usnąłem.

***

Obudziłem się cały obolały - nie było się czemu dziwić, przecież spałem na kamiennej posadzce jaskini. Podczołgałem się do szumiącego strumyka po drodze przeciągając się niczym kot. Gdy obmyłem twarz, wstałem i wyszedłem na zewnątrz zaczerpnąć świeżego porannego powietrza i ogrzać się nieco w słońca promieniach złocistych. Kiedy tak stałem jak kołek na środku polany zachciało mi się... sikać, tak dobrze przeczytaliście sikać, więc kiedy załatwiłem sprawę pomyślałem, że dobrym wyjściem byłoby się osiedlić w tym miejscu, przynajmniej tymczasowo. Pamiętając "przywitanie" postanowiłem zacząć od obwarowania moich pozycji. Tego uczyli na szkoleniu.

Pierwszym co jednak zrobiłem było przygotowanie czegoś na wzór małego „ogródka”, czyli usunięcie trawy na małym obszarze polany i posianie tam zdobycznych nasion. Nasiona marchwi zasadziłem w grządkach, a pszenicę w małym sektorze na końcu grządek marchwi w stronę lasu. Cała ta praca zajęła mi poranek oraz południe, kiedy już skończyłem wziąłem topór i ruszyłem w las. Mój cel był prosty: ściąć kilka drzewek i uczynić z nich palisadę lub chociaż prosty płot.

Szedłem wzdłuż strumyka oglądając drzewa rosnące po drodze, nie chciałem ścinać byle chucherka grubości palca, ani kolosa przy którym czołg wyglądałby jak zabawka. Las składał się z drzew różnych gatunków, od świerków, sosen czy jodeł po dęby, buki i klony. Nieco czasu zajęło mi szukanie odpowiednich drzew lecz w końcu znalazłem kilka dorodnych lecz nie gigantycznych jesionów, rosły one w grupce o liczbie 5 sztuk. Zaraz obok nich była wiśnia, skąd wiedziałem, że wiśnia? Dzięki kwiatom, były różowe, liczne i odróżniały się na tle lasu. Teraz wiedziałem przynajmniej, że jest wiosna w tym świecie w którym się znalazłem i, że mam dużo czasu na utworzenie względnej infrastruktury gospodarczej.

Podszedłem do pierwszego drzewa, westchnąłem przejechałem palcami po ostrzu topora, wziąłem zamach i uderzyłem w szarawą, miejscami spękaną korę. Wyciągnąłem topór i zadałem drugi cios, tym razem posypały się wióra, a drzewo drgnęło. Ciąłem bez ustanku niezliczoną ilość razy, praca było dodatkowo męcząca z powodu tego, że musiałem ciąć mniej więcej na wysokości moich łydek lub nawet niżej. Po dłuższym czasie drzewo upadło, a ja wsparłem się na toporze i zacząłem sapać, wtem w zaroślach zauważyłem jakiś ruch, podszedłem bliżej aby zbadać sprawę. Kiedy byłem w odległości jakiegoś metra od miejsca wykrycia niezidentyfikowanego ruchu, z krzaku porzeczek wyskoczył zając, lecz gdy mnie ujrzał szybko zawrócił wyrzucając w powietrze liście i ziemię. Zanim zareagowałem szarak zniknął w gęstwinie, nie miałem ochoty go gonić – byłem zbyt zmęczony.

Słońce było niemalże w zenicie, a ja musiałem jeszcze przytaszczyć 20 metrowe drzewo na wzniesienie w środku lasu… gdy tak sobie podsumowałem sytuację tylko się kwaśno uśmiechnąłem. Najpierw trzeba było jednak to drzewo wstępnie obrobić, lecz póki co postanowiłem się wzmocnić zwiędłą marchewkom i łykiem wody. Na czas posiłku oparłem się o jodłę. Gdy skończyłem jeść wpadłem na kolejny genialny pomysł: zerwać gałązkę jodły i ugotować ją w manierce, dzięki czemu miałbym dość dobry i niezwykle aromatyczny napój. Jak pomyślałem tak też zrobiłem, zerwałem gałązkę i zszedłem z drzewa. Nie zamierzałem jednak teraz rozpalać ogniska i kombinować, zamiast tego wolałem raz zaczętą pracę z drzewem.

Po pierwsze odciąłem gałęzie i zaciągnąłem je do „bazy” i złożyłem w jaskini robiąc prowizoryczne łóżko, potem je skończę. Na razie największym problemem było jednak przetransportowanie pnia. Konwencjonalna metoda ciągnięcia było niezbyt wykonalna z powodu przeciwności terenu. Przydały by się liny jednak ich nie miałem, pozostało tylko liczyć na to, że jakiś pomysł wpadnie mi do głowy.

Wpadłem w końcu na pomysł użycia dźwigni. Tak więc ściąłem jakieś drzewko i wbiłem jeden koniec w ziemię  pod kątem ostrym po czym uniosłem dźwignię i pień przesunął się do przodu. Były małe problemu z utrzymaniem kursu, ale jakoś się udało i popołudniu dotaszczyłem ładunek na polanę i ledwo trzymałem się na nogach, byłem cały umorusany w ziemi, ale udało mi się wykonać zadanie, resztę zrobię jutro. Uśmiechnąłem się. Umyłem się nieco w strumyku, po czym rozpaliłem ognisko. Zjadłem trochę chleba i ugotowałem napój jodłowy w międzyczasie postanowiłem uprać ubrania i siebie też oraz dokończyłem łóżko kładąc jeszcze na gałęzie i liście trawę. Kiedy nadszedł wieczór siedziałem nago przy ognisku czekając aż ubrania wyschną przy ogniu. kiedy się ściemniło ubrania były prawie suche, więc założyłem je i poszedłem spać, zasnąłem niemal natychmiast.

***

Obudziłem się wypoczęty i gotowy do działania. Morale było wysokie. Cały dzień poświęciłem na ścięcie i przyprowadzenie jesionów na polanę. Tak też minął mi dzień następny z tą różnicą, że drugiego dnia upolowałem zająca, który miał norę w pobliżu miejsca wycinki. To był ten sam co wpadł na mnie pierwszego dnia wycinki jesionów więc poczułem pewną mroczną satysfakcję ze zdobyczy. Kiedy wróciłem do bazy zdjąłem z niego skórę, odrąbałem głowę, wypatroszyłem i upiekłem go. Następnie zjadłem trochę, a resztę zawinąłem w materiał w którym trzymałem rybę.

Dopiero trzeciego dnia zabrałem się do budowy ogrodzenia. Miałem cztery drzewa o wysokości, choć tera długości ok. 20m. Polanę okalały 4 potężne klony, odstępy były między nimi podobne czyli tak 3 – 4m odstępu z czego postanowiłem zostawić wyjście na wprost jaskini więc ostało do zapełnienia tylko 4 luki czyli 2 między drzewami i 2 między drzewami, a górą. Jak udało mi się podzielić drzewa? Otóż wziąłem taką w miarę prostą gałąź i odmierzyłem odstępy między drzewami i zaznaczyłem je na kłodach, tak, że najcieńsze części będą znajdować się od strony zbocza góry.

Kiedy już podziabałem pnie, to poukładałem je jeden na drugim, zgodnie z ich długościami. Następnie użyłem masywniejszych gałęzi do stworzenia podpór dzięki czemu belki nie zsuwałyby się ze swoich miejsc. Praca zajęła mi część dnia, ale teraz czułem się bezpieczniej. Kiedy skończyłem zostało mi jeszcze bardzo dużo czasu, tak przynajmniej wynikało z położenia słońca. Nie miałem nic lepszego do roboty, więc  zrobiłem pochodnię używając gałęzi, trawy oraz żywicy jodłowej. Podpaliłem ją i postanowiłem spenetrować głębię jaskini.

Po wejściu głębiej niż zwykle, czyli po minięciu łóżka i popiołu z pierwszego ogniska kierowałem się strumykiem, czyli szedłem w górę jego biegu. Po chwili marszu zauważyłem, że tunel nie ma rozwidleń, a tylko stalagnaty , które dawały wrażenie, że tunel jest plątaniną mniejszych przejść  i zagłębień. Po kilku minutach spaceru pochodnia zaczęła gasnąć z powodu dużej wilgotności powietrza, na szczęście widziałem już jasne wyjście z podziemi. Wyszedłem na przestronną górską dolinę, ze wszystkich stron była ona otoczona stromymi zboczami górskimi, miała ona podłużny lekko owalny kształt wyciągnięty nieco w kierunku północnym tworząc tam małe wgłębienie w zboczu. Przez środek polany płynął ów strumyk za którym tu przyszedłem, około połowy długości od skały z której wypływał do wejścia do tunelu stawał się małym stawikiem na brzegu której rosło nieco trzciny.

Zaciekawiony wgłębieniem zbliżyłem się do niego. Gdy byłem jakieś 2m od niego zauważyłem na skale jakiś rdzawy osad, podszedłem jeszcze bliżej tak aby móc dotknąć. Przekonałem się, że była to ruda żelaza, jednak zaniepokoiła mnie jedna rzecz: otóż na złożu żelaza i otaczającej go skale znajdowały się podłużne żłobienia zupełnie jakby ktoś tu kopał kilofem. Rozejrzałem się nerwowo po dolinie szukając innych śladów działalności ludzi, lub chociaż jakiś rozwiniętych istot. Niestety nic innego tu nie było.

Po chwili wpadłem na pomysł, żeby wejść na górę, ale nie na szczyt po prostu wyżej. Wspinaczka była krótka acz męcząca, kiedy wszedłem wyżej rozejrzałem się po okolicy, widok zapierał dech w piersiach, jednak musiałem skupić się na wypatrzeniu czegoś, czegokolwiek co mogłoby być śladem ludzkiej działalności. Pierwszym co rzuciło mi się w oczy gdy spojrzałem na północ był dym… czarny, gęsty dym jak z pogorzeliska. Włosy mi się zjeżyły na głowie, a pierwszą rzeczą o której pomyślałem była wojna. Przypomniałem sobie obrazy od czasu lądowania na tamtej pustynnej planecie, aż do teraz, w większości na niebie górowały czarne słupy dymu unoszące się nad polami bitew, zniszczonymi miastami lub osadami, czy nad miejscami w których rozbiły się samoloty i okręty kosmiczne. Miałem tylko nadzieję, że tutaj ktoś przeżył.

Ściemniało się gdy zszedłem na polanę, cały czas zapamiętywałem drogę do miejsca z którego unosił się dym, prowadziła ona wzdłuż rzeki powstającej z strumyka. Postanowiłem pójść do tamtego miejsca jutro tak by mieć cały dzień na podróż. Jednak nie ważne jak się starałem nie mogłem zasnąć gdyż cały czas myślałem o tym dymie, a raczej jego źródle, które bardzo mnie intrygowało, poza tym gdy tylko zasnąłem miałem koszmary o bitwach w których ginęło tysiące ludzi, lub o jakiejś sieci jaskiń pełnych lawy i zakrwawionych ciał, te wszystkie czynniki złożyły się na to, że to była najgorsza noc jaką dotychczas przeżyłem na tym świecie.

***

Rano wstałem strasznie niewyspany. Ledwo wlekąc nogę za nogą wyszedłem na polanę i umyłem się w strumyku po czym zjadłem trochę zająca. Kolejną rzeczą było przygotowanie się do wyprawy. Najpierw sprawdziłem co było w plecaku, a raczej co zostało. Jak się okazało po 7 dniach bytności zostało mi: mniej więcej półtora chleba, jedna marchewka oraz korpus zająca bez przednich kończyn i lewej części klatki piersiowej. Poza tym był w plecaku również nóż i w połowie pełna manierka zawierająca napój jodłowy oraz jeden w pełni sprawny topór z krzemiennym nieco już wyszczerbionym w kilku miejscach ostrzem. W sumie bilans okazał się bardzo korzystny dla mnie, spakowałem wszystko co się dało, topór zawiesiłem za uchwyt na górze plecaka, tak, że ostrze miałem za głową.

Wyruszyłem około południa idąc cały czas po prawej stronie strumienia, tak jak ustaliłem dnia poprzedniego.  Szedłem przez ponad godzinę mijając po drodze strumyki i mniejsze rzeczki wpływające do strumyka po którego brzegu zmierzałem do celu. W końcu las się przerzedził a następnie całkowicie mienił w trawiastą powierzchnię, lub raczej w pole jakiegoś zboża, które było już nieco wyrośnięte. Dalej znajdowały się już zabudowania, lub raczej znajdowały gdyż oprócz zwęglonych, dymiących ruin. Podbiegłem bliżej, aby sprawdzić czy ktoś żyje. Przeszedłem pomiędzy ruinami i znalazłem się na placu, po mojej lewej znajdował się budynek wyglądający niczym Romański kościół, a na środku placu znajdowała się studnia. Wokół ów studni leżały porozrzucane i poranione ciała kilku ludzi oraz dużo więcej ciał stworów, z którymi walczyłem przed siedmioma dniami. Spojrzałem na budynek, przy bramie stało kilku agresorów bez skóry chcących dostać się zapewne do środka, a pod murami w pobliżu okien leżały kolejne ciała bestii mające w swoich ciałach strzały. Korzystając z faktu, że nie zostałem zauważony wyciągnąłem topór i podszedłem do istot. Będąc na odległość kilku metrów zdołałem zauważyć, że portal przy bramie był znacznie głębszy niż się wydawało i mogło się w nim zmieścić całkiem sporo osób. Zrobiłem jeszcze kilka kroków, zrzuciłem plecak na ziemię i krzyknąłem głośno i wyraźnie:

- Jeśli chcecie walki z kimś godniejszym niż prości wieśniacy odstąpcie od wrót i stawcie mi czoła w otwartym boju, ścierwa!

Pewnie pomyślicie, że zwariowałem wyzywając do walki wroga o znacznej przewadze liczebnej, który nie zrozumiał zapewne  ani słowa. Jednak w tym szaleństwie jest metoda, nawet jeśli ludzie uwięzieni wewnątrz „kościoła” nie mieli już sił do walki, strzał, ani nawet jeśli nie zrozumieli moich słów to dałem im nadzieje na to, że nie są sami, a z powodu, że nikt już nie naciskał na wrota wiedzieli, że ten „ktoś” jest po ich stronie, a przynajmniej jest wrogiem ich wrogów. Tymczasem stwory ustawiły się w półkolu na wprost mnie. Było ich dziewięciu, z czego każdy miał tym razem jakiś prowizoryczny pancerz skórzany oraz maczugi lub włócznie z kamiennymi obuchami i grotami. Chwyciłem pewniej topór, odetchnąłem głęboko i przygotowałem się do obrony unosząc mą broń poziomo na wysokości głowy. Stwór stojący na środku wyposażony był znacznie lepiej od towarzyszy, gdyż miał prosty hełm z rogami oraz jego klatkę piersiową oraz prawdopodobnie plecy ochraniały drewniane deski, na tej z przodu była namalowana nieco karykaturalnie czaszka z przerośniętymi zębami oraz rogami. Ten właśnie stwór Wydał z siebie potworny ryk niepodobny do niczego, co słyszałem dotąd. Na jego sygnał pozostałe osiem stworów rzuciło się na mnie.

Pierwszy, który znalazł się najbliżej mnie próbował mnie dźgnąć włócznią jednak się uchyliłem i roztrzaskałem jego czaszkę toporem na wysokość ucha, tak, że jedynym elementem czaszki pozostałym w całości było jej sklepienie. Następni dwaj zaatakowali z drugiej, jeden miał maczugę, a drugi włócznię z przyczepioną do tępego końca ludzką czaszką. Pierwszy cios próbował zadać ten z bronią obuchową. Kiedy zrobił zamach poczekałem aż zacznie uderzać, wtedy wykonałem unik do przodu uderzając mego agresora ostrzem topora w kolano, co zmusiło go do przyklęknięcia i wydania z siebie krzyku. Kiedy jego broń była już na ziemi chwyciłem ją za trzonek blisko rąk właściciela i stanowczym ruchem łatwo wyrwałem ją mu, gdyż był on pod wpływem szoku wywołanego ciosem i bólem. Następnie wykonałem obrót i wykorzystując zamach uderzyłem tego z włócznią w prawą część twarzy tworząc rozbryzg krwi, fragmentów mózgu oraz odłamków kości, prawą ręką trzymałem topór w połowie trzonka, podczas obrotu wbiłem ostrze w kark pierwszego  przerywając rdzeń kręgowy. Kolejny wyrwał włócznię towarzyszowi i zaszarżował na mnie w jednej ręce niosąc maczugę, a w drugiej włócznię. Gdy był jakieś dwa metry ode mnie  ja również ruszyłem i wykonałem wślizg podczas gdy tamten unosił dopiero swą pierwszą broń aby mnie uderzyć. Będąc na wysokości jego kolan jakieś pół metra od niego użyłem topora aby sparować próbę dźgnięcia, co mi się udało lecz nie miałem czasu aby wziąć zamach maczugą i jedynie wystawiłem ją na sztych, który trafił oponenta w podbródek prawdopodobnie mu go wyłamując, niestety siła uderzenia wytrąciła mi broń. Będąc już za nim przechyliłem się do przodu i podparłem ręką aby nie stracić równowagi, w tym czasie przeciwnik zdążył się odwrócić i zamachnął się maczugą „z bekhendu” jednocześnie trzymał, może przypadkiem włócznię ostrzem w moim kierunku. Podczas, gdy on wyciągał rękę aby zadać mi potężny cios, ja wykonałem doskok nieco kierując się w lewo, czyli na jego plecy. Będąc w drodze do celu chwyciłem topór tuż przy ostrzu dzięki czemu mogłem zadać niezwykle celny cios. Korzystając z impetu i bycia poza zasięgiem przeciwnika wbiłem mu zaostrzony krzemień topora w żebra łamiąc te, w które trafiłem i zmasakrowałem jego płuca. Przeciwnik wypuścił maczugę, a później włócznię po czym osunął się na ziemię, następnie gwałtownym ruchem wyrwałem topór i przy okazji pociągając go nieco do góry i jednocześnie w bok łamiąc kręgosłup i prawdopodobnie raniąc jego serce.

Przywódca znowu krzyknął, a pozostali przy życiu czterej wojownicy odsunęli się dając nam miejsce. Mój nowy przeciwnik  chwycił swoją włócznię z grotami na obu końcach i przyozdobioną kośćmi różnego typu, następnie złapał ją w połowie dwiema rękami i zrobił coś na kształt zamachu, ale bez widocznej chęci rzuceni swoją bronią. Ja tymczasem stałem trzymając nonszalancko topór oparty trzonkiem o ziemię za ostrze oraz uniosłem lekko lewy kącik ust do góry. Po chwili obserwacji przeciwnika podrzuciłem topór i złapałem za trzonek jedną, a potem drugą ręką, zrobiłem wykrok lewą nogą i ustawiłem topór pionowo z mojej prawej. Po kilku sekundach obaj ruszyliśmy na siebie w wiadomym celu. Pierwszy cios padł od mojego przeciwnika, było to dźgnięcie, na szczęście udało mi się sparować ratując klatkę piersiową, następnie zrobiłem obrót i uderzyłem wroga plecami niemal wyłamując mu prawą rękę i  wybijając go z równowagi. Kiedy mój oponent łapał równowagę, ja wykonałem zwrot w stronę przeciwną niż przed chwilę i zamachnąłem się prowadząc topór od dołu, taki cios byłby zabójczy… byłby gdyby nie to, że przeciwnik miał pancerz, w formie deski, ale jednak jakiś. Mimo, że ostrze nie sięgnęło ciała to jednak deska nie jest zbyt elastyczna i wróg zaryczał z bólu jaki mu sprawiłem, korzystając z momentu kiedy wyciągałem topór dostałem od niego lewym prostym w twarz i się odsunąłem. Następnie niemal dostałem grotem w brzuch, lecz zdążyłem odskoczyć i złapać lewą rękę drzewiec broni przeciwnika i mocno szarpnąłem do siebie niemal wyrywając mu broń. Potem korzystając z tego, że włócznia jest po mojej prawej zrobiłem krok do przodu prześlizgując się po drzewcu, czułem jak „trofea” przesuwają się po moim udzie. W międzyczasie chwyciłem topór w obie ręce, zrobiłem zamach i… i… trafiłem przeciwnika w prawy obojczyk odrąbując jego rękę wraz ze sznurowaniem pancerza i prawym bokiem. Topór zatrzymał się dopiero na kości biodrowej zostawiając krwawiącą ranę w miejscu prawego boku. Istota osunęła się na ziemię próbując zatamować krwawienie, cały czas krzyczał… wykonałem toporem gest miłosierdzia dekapitując biedaka.

- Jeszcze ktoś? – zapytałem czterech pozostałych, tamci spojrzeli po sobie i odwrócili się w stronę lasu po czym basowo zawyli. Usłyszałem trzask łamanych drzew i nagle coś, jakiś czarny kształt wystrzelił z lasu i z impetem uderzył w miejsce gdzie stali czterej ocalali, teraz byli martwi, a na ich miejscu stał ponad trzymetrowy stwór. Jego tyłów miał kształt stożka zwężającego się do góry, u szczytu znajdowała się chyba szyja, a na niej głowa przypominająca paszczę rosiczki z dwoma czarnymi wyłupiastymi oczyma. Na drugim końcu było około 10 macek bez przyssawek lecz z kolcami na końcach. – Czyli ty…

W odpowiedzi stwór ryknął i zaatakował mnie macką, na szczęście w ostatniej chwili uniknąłem i uderzyłem potwora toporem, tak , że macka została niemal odcięta w połowie długości, teraz wisiała tylko na skromnym włóknie mięśniowym i skórze. Bestia zaryczała potężnie z bólu i zaczęła miotać macką, aż odpadł nadcięty fragment i został sam kikut. Potwór uniósł się na pozostałych kończynach i zaryczał, następnie zaszarżował na mnie, co było niezwykle łatwe do przewidzenia więc wziąłem zamach i zdzieliłem go po pysku toporem przecinając górną szczękę i wybijając zęba. Po ciosie odskoczyłem, a stwór zarył w ziemię, lecz dosięgną mnie mściwy kolec, który przeorał mi bok i odrzucił mnie o kilka metrów. Wstałem i oparłem się o studnię, potwór skoczył na ruinę jakiegoś budynku po mojej prawej a stamtąd skoczył na mnie. Kiedy jeszcze był na budynku, ja zrobiłem kilka szybkich kroków w jego stronę, tak, że jak skakał byłem w połowie odległości do niego i gdy był w powietrzu zrobiłem wślizg z ostrzem topora uniesionym ponad głową. Kiedy się spotkaliśmy ostrze wbiło się w jego ciało i jeszcze przesunęło tworząc paskudną ranę w ciele bestii, jednak siła pędu potwora była zbyt duża i „wyrwał” mi on broń z rąk. Monstrum zatrzymało się dopiero na studni, a ja nie miałem broni, nie czekając na reakcję przeciwnika podbiegłem na miejsce pierwszej potyczki i złapałem włócznię po czym ruszyłem na zaskoczonego potwora i wbiłem mu grot w oko, co prawda celowałem w ciało, ale bestia była zbyt ruchawa. Włócznia się złamała, ja zostałem odrzucony głową, jednak zyskałem przewagę jednego oka. Chwyciłem włócznię pokonanego wodza i przygotowałem się na odparcie kolejnego ataku. Monstrum był wściekłe jednak wykorzystało moment zastoju aby wyciągnąć z siebie mój topór i przemyśleć kolejny atak.

Staliśmy tak naprzeciw siebie kilka chwil gotowi rzucić się na siebie z furią i zabić bez litości tego drugiego w najbrutalniejszy możliwy sposób, lecz coś nas powstrzymywało, obaj na coś czekaliśmy. W końcu wykonałem fałszywy atak aby zmusić przeciwnika do działania, on dał się nabrać i ruszył z furią w moją stronę, na to ja rzuciłem w niego włócznią, która trafiła go prosto w paszczę dość głęboko, tak, że grot wyszedł gdzieś w 2/3 szyi potwora po czym bestia wykonała gwałtowny ruch, który złamał drzewiec broni, a ona sama bez większego oporu wypadła z ciała. Ja tymczasem zrobiłem przewrót w przód, a następnie nieco podbiegłem do topora i pewnie go chwyciłem, cały trzonek był we krwi wroga przez co stał się dosyć śliski. Na nieszczęście potwora trafienie włócznią nie zatrzymało jego cielska i z całym impetem rąbną w mur romańskiego budynku tak mocno, że dzwon na jednej z wież zaczął bić. Nie czekając na to, aby przeciwnik odzyskał przytomność podbiegłem z zamiarem uderzenia go toporem w miejsce, z którego rozchodziły się macki, niemal mi się udało, jednak stwór chyba zdał sobie sprawę z tego co się święci i zasłonił tamto miejsce macką, w którą trafiłem i odciąłem ją. W odpowiedzi zostałem przerzucony przez cały niemal plac przez potężne uderzenie macki, która dodatkowa rozcięła mi ukośnie klatkę piersiową za pomocą ostrego kolca.

- Tu cię mam malutki! – powiedziałem po podniesieniu się.

Miałem teraz plan jak pokonać stwora. Poczekałem, aż znów zaszarżuje. Kiedy już się szykował do skoku na mnie nagle skoczył na budynek po lewej, a potem na ten naprzeciwko niego i tak aż był coraz bliżej i w końcu zaatakował… tak przynajmniej myślałem jednak on tylko przeskoczył na budynek obok mnie. Zdążyłem tylko nieco odskoczyć przed błyskawicznym atakiem ,jednak bez jednego oka potwór nie mógł zbyt dobrze celować i jakoś przeżyłem. Kiedy on przeleciał obok mnie wbił się w zwęglone ruiny czyjegoś domostwa dając mi czas na zadanie ostatecznego ciosu, tym razem podbiegłem szybciej i zdecydowanym ruchem uderzyłem toporem w splot macek. Jak porażony prądem stwór napiął wszystkie mięśnie i zaczął się wyginać w konwulsjach. Tymczasem ja próbowałem wyciągnąć topór, lecz nagle niespodziewany skurcz mięśni bestii napiął wszystkie macki, a ja poczułem się niczym pestka czereśni wypluta po zjedzeniu całego miąższu. Odleciałem kilka metrów lądując na murawie, a stwór mimo konwulsji „wstał” i jakby zaczął pełznąć ku mnie. Nieco się przestraszyłem, szybko wstałem, chwyciłem topór i podbiegłem do niemal bezbronnego teraz potwora i odrąbałem mu głowę, to go jednak nie zatrzymało więc zacząłem dziabać jak leci jego ciało. Dopiero kiedy niemalże go przepołowiłem on przestał pełznąć a potem w ogóle się ruszać. Stałem teraz nad truchłem cały we krwi wroga i własnej, nagle z ciała pokonanego zaczęły się wyłaniać małe meduzo podobne istoty, które zdawały się unosić coraz wyżej i wyżej zupełnie jakby płynęły w morzu. Z ciała wyłoniło się ich kilkaset, może kilka tysięcy tworząc słup światła jaśniejący niczym latarnie w środku nocy mimo tego, że było dopiero popołudnie. Kilka z nich podleciało do mnie i zaczęło „szczypać” moje rany zasklepiając je, kilka podleciało również do mojego topora, który był już nieco wyszczerbiony, naprawiając ostrze, kiedy rany zostały uleczone „meduzy” naprawiły również moje ubranie, jednak nadal było splamione we krwi. Kiedy słup istot zniknął na niebie zauważyłem, że z ciała potwora została tylko czaszka. Odetchnąłem głęboko z ulgą, podniosłem czaszkę jako trofeum i podszedłem po plecak.

Kiedy byłem przy plecaku nagle drzwi kościoła się otworzyły i wyszedł z nich niepewnie człowiek  w ubiorze wskazującym na kapłana, miał coś na wzór czarnej sutanny oraz koloratkę na kołnierzyku. Był niski, nieco pulchny, łysy i o przyjaznej twarzy. Podszedł do mnie niepewnie, rozejrzał się, spojrzał na trupy humanoidów oraz czaszkę trzymaną przeze mnie w ręce. Przyjrzał mi się i zapytał:

- To… ty pokonałeś… - machnął ręką wskazując ciała i ruiny – Te… stwory?

Rozejrzałem się wokół, zobaczyłem wiele trupów z czego pięć to moja robota, z czterech nie było za dużo do zbierania a około 7 albo 9 leżało tu już wcześniej.

- Ta... ci w skórzanych strojach, ten w hełmie i pancerzu z desek oraz to duże „coś” to moja zasługa.

- Wykazałeś się niezwykłą odwagą wyzywając te piekielne pomioty na pojedynek – mówiąc to kopnął truchło bez głowy i ramienia – I niezwykłymi umiejętnościami pokonując je i to wielkie jak to nazwałeś „coś”.

Po tych słowach człowiek się uśmiechną na co odpowiedziałem tym samym.

- Tak w ogóle to nie przedstawiłem się… jestem  Ojciec Walerian, a pańska godność?

- Marek, mam na imię Marek… Dużo osób przeżyło to co się stało? – spytałem z ciekawości.

- Tak tylko kilku, którzy stanowili tylną straż zostało abyśmy mogli się zabarykadować w kościele. – Walerian posmutniał i spojrzał na ciała ludzi. – Tak poza tym z daleka przybywasz? Widać po tobie, że nie jedno przeszedłeś, a i tak walczyć byle pierwszy lepszy podróżnik nie potrafi.

Na te słowa uśmiechnąłem się i spojrzałem w niebo, położyłem na ramieniu topór i złapałem się za brodę, zbyt gładka to ona nie była, ale ostatecznie nie goliłem się od siedmiu dni, a pomimo, że prałem ubrania dwa dni temu, to przeprawa przez las nieco je przybrudziła.

- Z chęcią bym poopowiadał, ale tak w drzwiach?

- Ach no tak, bym zapomniał! Zaraz zawołam ludzi i ustalimy najważniejsze rzeczy na temat porządków i odbudowy. – po tych słowach odwrócił się i zaczął otwierać drzwi.

- Dobrze, ale czy nie lepiej wewnątrz? Tutaj jest pełno trupów. – rzuciłem za nim kiedy był w drzwiach

Ojciec Walerian się nieco zmieszał lecz szybko odrzekł:

- No tak… wezmę kilku mężczyzn i pogrzebiemy ciała, jeszcze dziś, a w kościele jest dość ciemno i ciasno.

- Ja też mogę się przydać proszę Ojca…

- Ty już wystarczająco się na pomagałeś pokonując te bezbożne stworzenia. – przerwał mi Walerian po czym wszedł do środka, z wewnątrz było słychać rozmowę, a potem okrzyki radości.

Ojciec Walerian otworzył drugie skrzydło wrót i wyszedł na czele grupy ludzi. Grupa ta była dość liczna jak na taką małą osadę, jednak dopiero, gdy wszyscy wyszli to mogłem ich policzyć, było ich jakieś siedemnaścioro nie licząc gromadki dzieci.

- Olaf, Filip, Wacław wy pomożecie mi pogrzebać trupy, nasze i wrogie. – powiedział ksiądz wskazując na trzech rosłych mężczyzn.

- Ja też pomogę tylko dajcie mi łopatę! – zawołałem do Waleriana.

Na to jeden z ludzi zawołał:

- Dajcie mu tę łopatę, każda para rąk się przyda!

Na to zrezygnowany kapłan skinął tylko na mnie aby szedł z nimi.

Najpierw ja Olaf i Wacław (zdążyłem się zaznajomić) kopaliśmy dół n skraju lasu, który posłuży jako zbiorowa mogiła dla tych stworów. Tymczasem Filip i Walerian znosili ciała, polegli obrońcy zostali pochowani przy kościele. O zachodzi słońca zakończyliśmy pracę, jednak ja postanowiłem jeszcze uprać moje ubrania z krwi i błota. Potem dołączyłem do pozostałych na głównym placu, paliły się tam liczne pochodnie i kilka ognisk.

- Pierwszą rzeczą jaką trzeba będzie zrobić to odbudowa domostw i odszukanie zwierząt, które rozbiegły się po lasach, na to wyznaczymy kilku ochotników. – powiedział starszy człowiek.

- Poza tym trzeba będzie jeszcze pomyśleć o obronie na wypadek kolejnych ataków. – Powiedziałem wchodząc na plac.

- Przybysz dobrze gada! – powiedziało kilka głosów.

Nagle głos zabrał Ojciec Walerian:

- Jestem za podziałem zadań, jedni będą odbudowywać domy i zagrody, a drudzy pójdą z przybyszem budować fortyfikacje i szkolić się w walce, sami przecież widzieliście, że on się na tym zna i ma doświadczenie w tych sprawach. Jednak to jutro. Dzisiaj jest już późno idźmy na spoczynek!



Tak też zrobiliśmy, poszliśmy spać. Nareszcie byłem wśród ludzi, ale szkoda mi było zostawiać tamtej jaskini i doliny górskiej. Postanowiłem, że najpierw pomogę tym ludziom, a potem zajmę się sobą. 

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki